Pora na chwilę przerwy. Aby wyjść, trzeba najpierw pozostać

Wielka Brytania i UE postanowiły przyznać sobie kilka miesięcy dodatkowego czasu na sfinalizowanie procedury brexitu. Zapowiada się burzliwy czas zarówno w brytyjskiej, jak i europejskiej polityce.

Za sprawą decyzji Rady Europejskiej w sprawie przedłużenia art. 50 będziemy mieli do czynienia z kuriozalną sytuacją, w której teoretycznie wychodzący z UE Brytyjczycy dalej będą uczestniczyli w funkcjonowaniu europejskich instytucji. Wielu zaczęło chyba liczyć – tej grupie zdaje się przewodzić Donald Tusk – że wciągnięcie Brytyjczyków z powrotem do brukselskiej machiny jeszcze bardziej utrudni im opuszczenie Unii Europejskiej. Z drugiej strony są ci, którzy, jak Emmanuel Macron, uważają, że przeciąganie w nieskończoność procedury, która może zakończyć się jakimś dziwnym uśpieniem i zawieszeniem brexitu w próżni, będzie miało negatywny wpływ na całość wspólnoty.

Wielkie plany Macrona
Tradycyjnie już, podczas wszystkich szczytów Rady Europejskiej dotyczących brexitu, większość przecieków trafiających w sposób kontrolowany do zgromadzonych w centrum prasowym dziennikarzy dotyczy tego, w jakim nastroju są przywódcy i czyim zachowaniem są poirytowani. Tym razem, dosyć niespodziewanie, rolę „czarnego luda” odegrał prezydent Francji. Przed szczytem mogło się wydawać, że proponowane przez Donalda Tuska przesunięcie daty brexitu aż do wiosny 2020 roku może liczyć na powszechne poparcie. Macron jednak postawił tej propozycji zdecydowany opór, znajdując się w pozycji, która do tej pory najczęściej zarezerwowana była dla brytyjskich premierów, będąc pojedynczym głosem sprzeciwu wobec konsensusu pozostałych państw.
Kolejne odstępstwo od reguły polegało na tym, że od początku otwarcie mówiło się, że zachowaniem Macrona „niezwykle poirytowani” są jego tradycyjni sojusznicy: Angela Merkel i Jean-Claude Juncker. Według jednego z przecieków, szef KE miał powiedzieć podczas kolacji, że „teraz zajmujemy się tylko...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: