Można. Tylko po co?

Od tygodni w Warszawie trwa burza o to, czy w szkołach będą pracować tzw. latarnicy, którzy mają uświadamiać młodzież w kwestii dyskryminacji oraz prowadzić edukację seksualną. W całej dyskusji ideologicznej umyka podstawowa kwestia – czy działania, które podejmuje Rafał Trzaskowski, mają w ogóle jakikolwiek sens? Czy jest jakikolwiek kraj na świecie, gdzie środki zaproponowane przez prezydenta Warszawy dały efekt i w rzeczywistości rozwiązały realne problemy?

Czy jest kraj na świecie, gdzie latarnicy przez kilkadziesiąt lat pracy wychowali społeczeństwo pełne tolerancji i zrozumienia, w którym nie ma napiętnowania i dyskryminacji? Wydaje się, że nie, a wizja idealnego społeczeństwa to tylko pobożne życzenia. Można z góry założyć, że i w Polsce skuteczność takich działań będzie żadna, a dramatyczne wypadki nietolerancji będą się zdarzać zawsze. Wymiernym efektem pracy lewicowych – jak zakładam – aktywistów rozesłanych do szkół będzie to, że zarobią oni niemałe pieniądze. Wszystko odbywa się bowiem raczej na poziomie budowania świadomości, a nie rozwiązywania problemu. Sytuacja przypomina mi pewien stary kawał, gdy facet miał problem z moczeniem się w nocy. „Idź do psychologa” – poradził mu kolega. Ten oczywiście go posłuchał i po dwóch miesiącach spotykają się znowu. „Jak tam twój problem?”, „Super. Psycholog bardzo mi pomógł” – odpowiedział lejący w łóżko. „I co, już się nie moczysz?” – dopytuje kolega. „Nie, no moczę się dalej, ale teraz jestem z tego dumny”. Spodziewam się, że efekt pracy miliona latarników będzie identyczny. Tolerancji nam nie przybędzie, ale będziemy wiedzieli, kiedy w razie czego się spektakularnie oburzyć. Oznacza to tylko tyle, że wyrzucimy pieniądze w błoto. 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: