Wyprostowana wieża Galileusza. W mieście Krzywej Wieży

Jest rok 1602. 38-letni fizyk ma dość. Potrzebuje rozgłosu, by ktoś zwrócił wreszcie uwagę na jego badania. Jako wykładowca na uniwersytecie nie może ścierpieć, że ludzie nadal wierzą Arystotelesowi. „Udowodnię wam, że nie macie racji” – myśli, wspinając się po ciemku na stromą wieżę. Tę samą, z której miał za chwilę zrzucać kolejne przedmioty swemu asystentowi.
czerniecki.net


Nazywał się Galileusz i urodził się właśnie tutaj. To włoska Piza. 10 kilometrów od wybrzeża Morza Tyrreńskiego. Obok Florencji najsłynniejsza dziś miejscowość Toskanii. Z przepięknym kompleksem zabudowań na Polu Cudów (Campo dei Miracoli). Z katedrą, baptysterium, zabytkowym cmentarzem i słynną kampanilą, popularnie znaną Krzywą Wieżą.

To właśnie na niej, zgodnie z przekazywaną z pokolenia na pokolenie legendą, Galileusz miał spędzić cały poranek, urządzając przy okazji gromadzącym się pod wieżą gapiom pierwszy w historii „naukowy happening”. Fizyk doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko w ten sposób może zwrócić uwagę na dokonane przez siebie odkrycie. Dziś zna je cały świat jako „prawo swobodnego spadania ciał”. Według niego każde ciało, niezależnie od swojej masy, spada swobodnie z jednakowym przyspieszeniem.

Sprytny naukowiec pominął, rzecz jasna, w swoim show piórka, monety czy inne przedmioty o różnej masie. Używał kulek: mniejszych bądź większych. Na tamte czasy (przypomnijmy, że mamy początek XVII wieku) przypadkowi przechodnie mogliby nie zrozumieć wpływu sił oporu powietrza. Galileusz wszystko to przewidział. Chodziło mu o duże zgromadzenie. O duży rozgłos. Dobrze wiedział, co robi. I dobrze wiedział, że ma rację. Ostatecznie rozprawi się z krytykującymi go arystotelikami. Dziś jego odkrycia, zwanego popularnie prawem Galileusza, dzieci uczą się na lekcjach fizyki w szkole podstawowej.

Można by zaryzykować stwierdzenie, że ów eksperyment na wieży tak naprawdę nie był wcale doświadczeniem, lecz pokazem...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: