Akcja – mobilizacja

W kolejnych wyborach do Parlamentu Europejskiego brało udział dotąd niewiele ponad 20 proc. Polaków. Trzeba przyznać, że ta absencja przy urnach była w pewnym stopniu racjonalna.




Iluzoryczność władzy Parlamentu Europejskiego, koszmarna ordynacja, która wprowadziła niezrozumiałe dla wyborców mechanizmy przyznawania mandatów oraz stosunek do wyborów samych politycznych elit traktujących kadencje w Brukseli jako ekskluzywne kontrakty dla swoich działaczy wystarczająco zniechęcały do uczestniczenia w wyborach. Do urn chodzili zatem najbardziej zaangażowani proeuropejscy wyborcy i ci, którzy najpoważniej traktowali obywatelski obowiązek. Poprzednie wybory europejskie były ostatnimi, w których wygrała Platforma Obywatelska – zwyciężyła o włos, zdobywając nieco ponad 24 tysiące głosów więcej niż Prawo i Sprawiedliwość. Napisałam wtedy, że skoro w tych wyborach w 2014 r. Platformę stać tylko na remis, w następnych może ją czekać już tylko klęska – i tak się stało. Kolejne wybory, prezydenckie, Bronisław Komorowski przegrał w kompromitującym stylu. Potem w wyborach parlamentarnych PiS wygrało z taką przewagą nad PO, że może rządzić samodzielnie. Dziś stoimy przed podobną próbą – wybory do parlamentu europejskiego nadadzą dynamikę kampanii wyborczej do sejmu i będą miały znaczenie dla ich wyniku. Wiedzą to po stronie totalnej opozycji. Po doświadczeniu w wyborach samorządowych, gdzie postkomunie udało się skołować wyborców wielkich miast groźbą „polexitu” i dzięki temu zebrać ich głosy, mają chrapkę na podobny efekt. Najprościej pisząc – dziś PO, unikająca jak ognia własnego szyldu i występując pod hasłem „Koalicja Europejska”, ma szanse uzyskać w tych wyborach dobry wynik – pod warunkiem, że uda się jej znów podobna manipulacja i skuteczne zarządzanie emocjami wyborczymi, jak stało się to w Warszawie czy Poznaniu. Dobry wynik w wyborach postkomuny może zbudować jej szanse w wyborach parlamentarnych. „Idź do wyborów, bo cię...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: