Czarne Oscary?

Kryminalną komedię „Czarne bractwo…” Spike’a Lee grali w kinie na peryferiach, przypominając oscarowe nominacje. Superbohaterska „Czarna Pantera” Ryana Cooglera od dawna chodzi na płatnych kanałach TV. Murzyni i fantaści zacierają ręce, ich kino się przebiło. Szkoda, że wchodzi w drogę naszej „Zimnej wojnie”. Ale jakby co – nie wypada narzekać.

„Bractwo…” to film znakomity, na faktach, ociera się o grozę, ale tarza w ironii. Czarny glina na początku lat 70. – kiedy ginie Luter King, kolorowi obrywają na ulicach i w komisariatach – podejmuje trudne zadania. Najpierw inwigiluje czarne lewackie manifestacje, potem bierze się za Ku Klux Klan. Telefonicznie udaje
[pozostało do przeczytania 52% tekstu]
Dostęp do artykułów: