Nie potrzeba świeckich świętych

Lewica i liberałowie nie potrafią żyć bez Kościoła. Kościoła, który jest dla nich punktem odniesienia i który paradoksalnie postępowcy pragną zniszczyć, by wejść w jego miejsce ze swoimi świętymi, świętami i znaczeniami. Szczęśliwie Kościół radzi sobie doskonale, czego dowodem rzesza polskich pielgrzymów biorących udział w Światowych Dniach Młodzieży w Panamie.

W ubiegłym tygodniu w jednym z programów telewizyjnych rozmawiałem z Dariuszem Standerskim. To szef programowy partii Ruch Biedronia, zapewne wtajemniczony w meandry ideologicznej strategii nowo powstającej partii. Rozmowa dotyczyła Światowych Dni Młodzieży. Pan Standerski, uzbrojony w nienaganny uśmiech i wpinkę w klapie, która przedstawiała podzielone szarą granicą budynki Sejmu i kościoła, powiedział (nie zdejmując uśmiechu), że nie ma nic przeciwko Światowym Dniom Młodzieży, porównał je nawet do organizowanego przez Jerzego Owsiaka Przystanku Woodstock. Argumentów nie przytaczam, bo nie ma po co.

Festiwal w sosie III RP
Przyznam, że nie jestem jakimś wielkim krytykiem Przystanku Woodstock. Nie należę do tych, którzy z racji powszechności na wielkim festiwalu muzycznym alkoholu czy incydentów z narkotykami będą potępiali imprezę w czambuł. Młodość musi się wyszumieć, wyskakać w błocie i wyspać pod gołym niebem, przypłacając wszystko bólem głowy. Każdy, kto był na imprezie tej skali, wie, że można się tam bawić w różny sposób.
Jeśli coś mi przeszkadza w Przystanku (od zeszłego roku nazywanego Pol’and’Rock Festivalem), to jego upolitycznienie, otoczka imprezy, która jest kwintesencją wojny kulturowej toczonej przez całą III RP. Te nieznośne pogadanki z politykami i dziennikarzami mainstreamowych mediów i równie nieznośny sos, w jakim wszystko jest podane. Temu nie są jednak winni uczestnicy, którzy w swej masie przyjeżdżają pobawić się przy muzyce, tak jak na inne festiwale – Open’er w Gdyni czy 90’ Festival w Bielsku-Białej. Gdzie jednak...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: