Nienawiść jedno ma imię. Hipokryzja walki z hejtem

„Mowa nienawiści” staje się politycznym orężem wszędzie tam, gdzie zapadną demokratyczne werdykty, z którymi nie zgadzają się elity. W tej grze nie liczą się zasady, najważniejsze jest obarczenie odpowiedzialnością politycznego przeciwnika.

Gdy w kraju demokratycznym dochodzi nagle do tragedii, przemocy, ataku na niewinne osoby, reakcja większości osób jest podobna: niezgoda, oburzenie, smutek i refleksja nad przyczynami tego, co się wydarzyło. Jednak przy okazji takich wydarzeń liberalne elity opracowały też strategię działania, której scenariusz powtarzany jest raz po raz. Opiera się on na utożsamieniu tragedii i stojącej za nią nienawiści z przeciwnikiem politycznym, na szantażu moralnym, na wyciąganiu niczym nieuzasadnionych wniosków.
Elity nie umiały przekonać zwykłych ludzi do tego, by np. nie głosowali na Trumpa lub za wyjściem z UE, ale skutecznie przeprowadziły akcję, w której oddanie takiego głosu stało się tożsame nie tylko z ksenofobicznymi czy rasistowskimi poglądami. Taki głos oznaczał też wzięcie na siebie odpowiedzialności za zbrodnie, którym często na siłę przypisywano status „przestępstw z nienawiści”. Paradoksalnie to właśnie poczucie moralnej wyższości walczących z nienawiścią stało się w sumieniu elit wystarczającym uzasadnieniem do wściekłych ataków na wszystkich tych, którzy się z nimi nie zgadzali.

Śmierć w cieniu brexitu
Do tragedii doszło 27 sierpnia 2016 r. w brytyjskim mieście Harlow w hrabstwie Essex. 40-letni Arkadiusz Jóźwik, korzystając z ciepłej nocy, pił wódkę z dwoma przyjaciółmi z Polski. Mniej więcej pół godziny przed północą trójka wdała się w sprzeczkę z grupą nastolatków. Jóźwik został uderzony pięścią w tył głowy przez 15-letniego napastnika. Polak z dużą siłą uderzył głową o podłoże. W wyniku doznanych obrażeń zmarł dwa dni później w szpitalu.
Śmierć Polaka była szokiem dla mieszkańców małego brytyjskiego miasteczka. W spontanicznych uroczystościach...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: