Czy reżyser jest wariatem?

Głośny Duńczyk pogubił się w Cannes 2011. Chciał opowiedzieć o swoim niemieckim pochodzeniu, a bredził o Hitlerze. Utopił w ten sposób nagrodowe szanse „Melancholii”, najbardziej ludzkiego filmu w dorobku. Von Trier prowokuje, mówi od rzeczy, ale i do rzeczy. „Nimfomanka” była obrzydliwa, lecz pokazana tam scena aborcji to manifest pro life. W „Festen” niby walił w rodzinę, ale chodziło o ojca gwałcącego własne dzieci. W „Antychryście” rzucał wyzwanie naturze, że jest diaboliczna. Obraz modliszki łykającej partnera bywa wszak taki. Czyli co – moralista?

W „Domu, który zbudował Jack” reżyser wchodzi w duszę seryjnego wytwornego mordercy, któremu daje campowy dystans, estetyczną świadomość, perwersyjną wyobraźnię. Czyni go wzgardliwym mizoginem komponującym życie i zbrodnie na wzór zblazowanego reżysera, śniącego krwawą komedię. Narzuca się pytanie, czy filmowy Jack jest portretem, autoportretem von Triera?

Artysta kleci z tego, co znajdzie, co przetworzy w sobie. Film jest paskudny i demaskatorski, von Trier celebruje wyczyny Jacka, ale bohaterem gardzi. Taki cwany i wyrafinowany, a morduje głównie słabszych – kobiety, dzieci. Unika walki, uderza z zaskoczenia. Gubi się w obliczu przeciwności, sprzyja mu przypadek. No i jest przerysowany, prawie śmieszny, brak mu umiaru. Portmonetka z damskiej piersi to kicz – czyli największy grzech artysty.

W dodatku ten esteta/tandeciarz nie uniknie kary. Tu Trier zaskoczy część zwolenników, finał ma charakter kryminalny i… metafizyczny. Tajemniczy głos Verge (Wergiliusza?), przed którym Jack się puszy i któremu się spowiada, zaprowadzi go tam, gdzie należy. No a tytułowy wyczyn Jacka okaże się najbardziej przerażającym i wywiedzionym ze stricte diabelskiego podszeptu. Duńczyk nakręcił film religijny czy tylko zapewnił sobie alibi?

Dom, który zbudował Jack
Lars von Trier
Dania/Francja/Niemcy/Szwecja 2018
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: