Niezbędna uniwersytecka kontrrewolucja

Można oczywiście zadać pytanie, skąd tak nagłe zainteresowanie poziomem polskiej edukacji? Czy przypadkiem nie próbuje się tą dyskusją i narzekaniem na nasze uniwersytety przykryć bolesnej prawdy o tym, że Polska jako państwo nie ma propozycji dla ludzi młodych, że niezależnie od tego, jakie by były polskie szkoły wyższe i tak produkowałyby bezrobotnych, gospodarka pod światłymi rządami Donalda Tuska i jego ekipy powoli lecz systematycznie bowiem podupada? Przypuszczenia takie są tym bardziej prawdopodobne, że polska nauka jest, jaka jest od wielu lat, i jak dotąd nikomu to nie przeszkadzało, i nikt specjalnie nie narzekał na jej poziom. Aż nagle przełożono wajchę i okazało się, że cudowni uczeni, których chronić trzeba było przed lustracyjnymi zakusami, jakoś wcale nie są tacy cudowni.

Uniwersytet czy wyższa  szkoła zawodowa?

Złośliwości na bok. Niezależnie od pragmatycznego i marketingowego wykorzystania tej dyskusji jest o czym rozmawiać. I to nie tylko dlatego, że polskie uczelnie kształcą coraz większą liczbę ignorantów z dobrym samopoczuciem, a ich pracownicy nieczęsto aspirują do światowej czołówki badaczy. Powodem najważniejszym jest to, że debata ta pozwala zastanowić się nad celami, jakie stawiać należy nauce i edukacji, a dzięki temu odpowiedzieć na pytanie, jak uzdrowić uniwersytety, a szerzej – cały system edukacyjny.

Istotą kolejnych reform, w zasadzie od początku lat 90. XX w., było w Polsce dostosowanie edukacji do rynku pracy. Reformatorzy nieodmiennie narzekali na to, że nasze wykształcenie jest pamięciowe, zbyt erudycyjne, że nie pozwala orientować się we współczesności, a do tego nie daje młodzieży umiejętności praktycznych. Nieodmiennie narzekano również na zbyt szeroki zakres wykształcenia i postulowano takie jego odchudzenie, by młodzieży wystarczyło czasu na realizowanie własnych zainteresowań, a przede wszystkim przygotowanie do konkurencji na wolnym rynku pracy.

Efekty okazały...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: