Czy wybory czegoś nas nauczyły

Gdyby na polskie życie polityczne spoglądać przez pryzmat włoskich, niemieckich, a nawet austriackich doświadczeń, to można dojść do wniosku, że jest ono niesłychanie stabilne, a przez to zdecydowanie nudne.

Od lat toczy się ta sama rywalizacja pomiędzy obozem niepodległościowym, a liberalnymi ugrupowaniami, upatrującymi swoich celów w jak najszybszej konwergencji z Unią Europejską i nieomal bezrefleksyjnym powtarzaniu doświadczeń Europy Zachodniej. Cała konkurencja polega na przeciągnięciu wyborców na jedną bądź na drugą stronę. Nowych idei jak na lekarstwo, wszystko od wielu lat zabetonowane, a znaczących nowych twarzy nie uświadczysz ze świecą.
Wszystkie te obserwacje potwierdziły się w czasie zakończonych przed kilkoma dniami wyborów samorządowych. Dwa duże bloki plus sprytni lawiranci ustrojeni w chłopskie, ludowe piórka to właściwie wszystko, co mogli wybrać obywatele. I nie zmienił tego fakt, że mieliśmy do czynienia z najbardziej lokalnymi ze wszystkich czekających nas elekcji.

PSL przetrwało
Warunkiem utrzymania status quo po tych wyborach był nieproporcjonalnie duży wynik dla PSL. Tylko w momencie, gdy dawni zeteselowcy zdobędą ponad 10 proc. poparcia w skali kraju, układy w terenie i ludzie odpowiedzialni za dzielenie tam publicznych pieniędzy pozostaną bez zmian. I stało się! PSL znowu nieproporcjonalnie – w stosunku do wszystkich sondaży – przekroczyło magiczne 10 proc., nie był to już jednak wynik z poprzednich wyborów, gdy – w bardzo podejrzanych okolicznościach – udało się chłopskim aparatczykom dojść aż do 24 proc. poparcia, i to w skali całego kraju. Tym razem nie było już tak nierealnie, jednak porównanie ledwie 6 proc. osiąganych przez tą partię w większości sondaży i 13 proc. osiągniętych w ostatnich wyborach nadal budzi poważne wątpliwości. To jednak właśnie od wyniku PSL zależało utrwalenie władzy ancien régime w tzw. terenie. Tym razem udało się to tylko połowicznie, poza...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: