Ja, pan na zamku w Krakowie

Poziom dna polskiej prasy zawsze wyznaczała „Gazeta Wyborcza”, ale tym razem nawet jak na ich wyczyny dali chłopcy czadu. Okazuje się, że jestem posiadaczem zabytkowej kamienicy w ścisłym centrum Krakowa, a ustalono to w ten sposób, że tam „czasem bywam”. Jak to przeczytałem, pomyślałem, że może chodzi o Wawel, w końcu kiedyś budynek mieszkalny, na pewno zabytkowy, i rzeczywiście czasem tam bywam, choćby z okazji smoleńskich miesięcznic.

A zaczęło się wszystko jakieś trzy lata temu. Po długim czasie wynajmowania w Krakowie mieszkania postanowiliśmy z żoną wziąć kredyt i kupić coś własnego. Moja piękniejsza połowa znalazła na stronie PKO BP jakiś wniosek i opis, do jakiej sumy możemy dostać kredyt. Dopasowaliśmy sobie to do ofert mieszkaniowych. Po roku poszukiwań udało się coś znaleźć. Dwa kilometry od rynku, zielona dzielnica, mieszkanie… ruina, niestety. Wynajmowali je biedni studenci, łazienka bez zlewu, WC bez kranu, ściany do wyburzenia, sąsiedzi – na szczęście niegroźni. Pod nami lokal, własność parafii, nad nami – spokojne, starsze panie. No i po kolejnych miesiącach dostaliśmy kredyt, nie wiedząc, że nasza ruinka przeniesienie nas w cudowny świat baśniowych zamków, zabytkowych willi i afer gospodarczo-polityczno-kościelnych. Przez dwa lata remontowaliśmy kawałek po kawałku, doprowadzając dom do stanu użytku. Kiedy skończyliśmy, zaczęło się. Przyszedł do mnie mój dobry znajomy, twierdząc, że wśród działaczy PiS krąży plotka o mojej willi. Uśmiechnąłem się, bo w końcu lepiej być bogatym niż biednym. Nie będę dementował każdej bzdury, a to, czym żywią się i podniecają partyjni karierowicze, naprawdę przyprawiłoby wielu o ból głowy.

Parę tygodni później dostałem zestaw pytań od „Gazety Wyborczej”. Okazało się, że pisze o mnie redaktor specjalnej troski Wojciech Czuchnowski, znany z wyskokowych tekstów i dziennikarskich absurdów. Już z samych pytań można było się zorientować, że będzie ostro. „Czy należę do grupy...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: