Aksamitna Sade

Ugruntowała nim swoją pozycję na scenie muzycznej i zwróciła uwagę krytyków. Piosenki „Paradise”, „Love Is Stronger Than Pride” czy „Nothing Can Come Between Us” nie zamykały twórczości wokalistki w jednej z istniejących wówczas na rynku szufladek. Zaliczana konsekwentnie do artystek pop, Sade czerpała z soulu, R&B, jazzu i muzyki etnicznej. Tworzyła własną niszę, przeznaczoną dla tych, którzy chcieli posłuchać muzyki zarówno ambitnej, jak i delikatnej i zmysłowej. Łagodnym śpiewem, momentami przypominającym szept, Sade hipnotyzowała słuchaczy jeszcze mocniej w latach 90. Jej albumy „Love Deluxe” i „Lovers Rock”, skazane przez krytyków na porażkę, ku zaskoczeniu wydawców sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Ciemnoskóra piękność Sade Adu, a w zasadzie Helen Folasade Adu, bo tak brzmi jej pełne nazwisko, w ostatnich latach przebiła się w końcu do muzycznego mainstreamu. Tak naprawdę reszta muzycznego świata zrozumiała to, co Sade pojęła ponad dwie dekady wcześniej, że najlepsze hity powstają na płaszczyźnie łączącej wiele muzycznych nurtów i kręgów kulturowych. Polacy pierwszy raz mieli możliwość podziwiać brytyjską wokalistkę kilka miesięcy temu na wyjątkowym koncercie w łódzkiej Arenie. Ci, którym się to nie udało, mogą posmakować magii koncertów Sade w domowym zaciszu za sprawą wydanego na Blu-ray i DVD albumu „Bring Me Home – Live 2011”. Wspaniała muzyka zyskała doskonałą oprawę. Liczne wizualizacje, graficzne motywy, podnośniki – to wszystko zaowocowało nagrodą w kategorii „Najbardziej Kreatywna Produkcja Sceniczna”. Dzięki połączeniu piękna muzycznego z wizualnym sztuka Sade stała się wielowymiarowa, a artystka po raz kolejny przetarła szlak innym twórcom.
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: