Wieczne miasto

Lubię czytać historię miast. Lubię prace potrafiące uchwycić lokalny koloryt i genius loci. Skojarzyć historię z teraźniejszością i opowiadać o gmachach i ludziach, którzy tworzyli z nimi jedność. I taką jest „Rzym” Roberta Hughesa. Australijczyka, który odkrył Europę i który na niecałych 500 stronach dokonał syntezy trzech tysiącleci, a właściwie syntezy naszej cywilizacji, bo miasto na siedmiu wzgórzach jest właśnie taką syntezą, od czasów Cezarów po Unię Europejską.

Hughes nie jest zawodowym historykiem, raczej krytykiem i reporterem, dzieckiem swoich czasów pełnym pasji w krytyce Kościoła i niewolnym od licznych uproszczeń – choć potrafi trafnie oceniać wieloaspektowość ludzkich działań, choćby w przypadku krucjat, czy dostrzegać różnice między faszyzmem a nazizmem.

Historię miasta można opowiadać na różne sposoby, geograficznie wędrując pomiędzy miejscami wartymi odwiedzenia lub chronologicznie wspinając się po drabinie czasu. Obie metody pozwalają na dygresje – termy ciągną ku obyczajom życia codziennego, Koloseum ku walkom gladiatorów. W dziejach ludzkości sporo jest miast, które upadły po latach świetności i którym udało się przeżyć drugą młodość. Rzym, jak mityczny Feniks, odradzał się wielokrotnie. We współczesnym ciele żyją wciąż Romulusowa Roma quadrata i fora imperialne z okresu potęgi, średniowieczne miasteczko ważne jako siedziba papieża i renesansowa stolica, w której protestanckie sacco di Roma stało się dopełnieniem najazdów Wizygotów, Wandalów, Hunów, Longobardów, oraz metropolia zjednoczonych Włoch, przez parę dekad stolica europejskiego kina. Miasto, które nigdy nie zasypia i które nie chce się zestarzeć, niezgłębione, niemożliwe do pełnego zwiedzenia i trudne do opisania. Robert Hughes przynajmniej próbował.


Robert Hughes
„Rzym”
Magnum
Warszawa 2018

 
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: