Warszawa–Paryż bez wizy



„Zimną wojnę” oglądano w Cannes przez pryzmat światowej Nowej Fali, u nas lepiej przywołać Szkołę Polską. Pawlikowski cudownie włada filmową formą i dramaturgią, imponuje rozmachem, ale i dyscypliną. Inaczej niż Goddard w „Do utraty tchu”.

Oto 1951 rok i ona: entuzjastka i kanciara, startuje do zespołu Mazurek (Mazowsze). Oto on: muzyk, sceptyczny wobec stalinizmu, ale żarliwie traktujący folklor i talenty, którym daje szansę. Mistrzowskie kreacje Kulig i Kota. On ją stworzy jako gwiazdę, ale w stalinowskiej klatce. Zapragną ucieczki, okazją będą koncerty w NRD, Chorwacji, potem Paryżu, ale tylko jedno z nich się zdecyduje. Będą się więc sporadycznie spotykać, zdani na przypadek, przemianę świata i luz postępujący w latach 1951–1963. Lecz nie aż taki, by uniknąć intryg służb i gomułkowskiego więzienia.

Na ekranie 12 lat tej zakochanej pary, zapis ekstaz, klęsk, rozstań, poniżeń i cierpienia. U siebie, nie zniewoleni, byliby szczęśliwi, ale nie są u siebie w żadnym punkcie podzielonego świata. Libertyński Paryż pozwoli Polakowi tworzyć, ale odbierze mu dziewczynę. Czyste słowa ludowej muzyki stracą wdzięk, przerobione na drętwe ,surrealistyczne metafory.

Jest tu nurt cieplejszy, muzyka, jej przemiany, taniec, folklor – nawet za komuny towar eksportowy. Pawlikowski pozwala temu rozkwitnąć, konfrontuje rzecz z jazzem, z bebopem, rockiem. Pokazuje, jak ratowano i niszczono kulturę w socrealistycznej Polsce, jak łatwo było się zgubić, ulec rozpaczy.

Reżyser dedykuje film rodzicom, którzy zaznali dramatów emigranckiego losu. Scenariuszowo wsparł go Janusz Głowacki, też doświadczony w tej materii. Dlatego film imponuje obyciem w wielu krajach i środowiskach, a przejmująca i szczera opowieść o dwójce Polaków została zrealizowany uniwersalnie, by świat poczuł ją i zrozumiał. Złota Palma była także za to.

Zimna wojna
Paweł Pawlikowski
Polska/Francja/Wielka Brytania 2018
[pozostało do przeczytania -4% tekstu]
Dostęp do artykułów: