Powrót prowokatora. Oliver Frljić znowu w Polsce

Oburzyły Państwa symbole narodowe w damskim kroczu i Jezus gwałcący muzułmankę? Radzę więc zapiąć pasy, bo fundator tych „rewelacji” Oliver Frljić wraca do Warszawy.


„Klątwę” udało mi się obejrzeć dopiero kilka tygodni temu, a więc ponad rok po skandalu, jaki ów spektakl wywołał w momencie pojawienia się na deskach stołecznego Teatru Powszechnego. Dopiero 15 miesięcy po premierze (która odbyła się 18 lutego 2017 r.) byłam w stanie kupić bilet na owiany złą – ale jednak – sławą spektakl Olivera Frljicia. W czym tkwi fenomen chorwackiego reżysera, że przez ponad rok zdobycie biletu na jego sztukę graniczyło z cudem? Akurat w tym konkretnym przypadku nie przeceniałabym siły jego artystycznego magnetyzmu – poniekąd winne są tu same tzw. media prawicowe, które nagłaśniając skandaliczne wybryki bośniackiego Chorwata, niejako świetnie zareklamowały jego dziwaczną twórczość. O tym, że mimo wspomnianego efektu ubocznego takie zjawiska warto nagłaśniać, przekonuje krytyk teatralna Elżbieta Morawiec: – Zawsze przy tego typu sprawach pojawia się dylemat – nagłaśniać czy odpuścić? Sama bardzo szanuję wolność twórczą, ale poziomu, jaki prezentuje pan Frljić, tak po prostu przemilczeć się nie da – mówi nie bez emocji w rozmowie z „Gazetą Polską”.

Protesty nie tylko w Polsce
„Nigdzie nie zetknąłem się z czymś takim, co zrobił minister Gliński. A problemy z cenzurą miałem w różnych krajach” – żalił się „Wyborczej” Frljić tuż po tym, jak Ministerstwo Kultury odmówiło w ubiegłym roku finansowania poznańskiego festiwalu Malta, odbywającego się pod kuratelą chorwackiego reżysera. Okazuje się, że prowokacje Frljicia nie przechodzą bez echa nie tylko nad Wisłą. W kwietniu tego roku doszło do afery w czeskim Brnie, gdzie spektakl „Nasza przemoc i wasza przemoc” (ten sam, który wywołał skandal w Bydgoszczy) znalazł się w programie jednego z majowych festiwali teatralnych wpisujących się w obchody 100-lecia Czechosłowacji...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: