Czas księgowych. Europa liczy pieniądze

Propozycja budżetu zaproponowana 2 maja przez Komisję Europejską jest dużo bardziej korzystna dla Polski niż wieścili to pesymiści. Teraz jednak przed polskim rządem negocjacje, w ramach których można sporo zyskać i sporo stracić.

O tym, że budżet zaproponowany przez Gunthera Oettingera nie jest dla Polski zły, świadczy chociażby reakcja polskich władz na jego ogłoszenie. Jacek Czaputowicz brał nawet w obronę komisarza odpowiedzialnego za finanse, stwierdzając, że spadająca na niego krytyka nie zawsze jest zasłużona. Poza tym, jeśli przypomnimy sobie, jak o swoich wyobrażeniach unijnego budżetu mówił premier Mateusz Morawiecki, to zobaczymy, że pod wieloma względami propozycja KE odpowiada postulatom polskiego premiera.

O co toczy się gra
W styczniu tego roku gazeta „Financial Times” zidentyfikowała cztery główne fronty walki o nowy budżet UE. Pierwsza z nich dotyczyła tego, jak załatać dziurę po brexicie i 12 lub 13 miliardach euro, których Wielka Brytania nie wpłaci do wspólnej kasy. Jednym rozwiązaniem jest oczywiście cięcie wydatków, do którego wiemy, że na pewno dojdzie, drugim – przekroczenie magicznej granicy dla składek wpłacanych przez państwa, wynoszącej 1 proc. PKB. Polski rząd, podobnie jak szef KE, optował za zwiększeniem składek, przy zachowaniu ambitnych celów budżetu. Berlin jest jednak bardzo mocno przywiązany do 1 proc.
Drugi problem, wymieniony przez FT, to wprowadzenie różnych warunków dotyczących wypłacania środków. „W związku z ograniczeniem liczby pieniędzy, polityka może stać się jeszcze bardziej bezlitosna, a płatnicy netto mogą użyć pieniędzy, by zmusić do posłuszeństwa sprawiające kłopoty państwa członkowskie – Polskę i Węgry”.
Trzecia sprawa jest dosyć techniczna, bo dotyczy tego, na jaki okres planowany jest budżet. Gunther Oettinger chce zachowania siedmioletniej perspektywy, Parlament Europejski zgłosił niedawno wniosek, by budżety planować na pięć lat – tyle,...
[pozostało do przeczytania 63% tekstu]
Dostęp do artykułów: