Marzec ’68. Duma

To niesamowite. W końcu ktoś powiedział, jak było z Marcem ’68 naprawdę – że był to piękny zryw wolności, bunt przeciwko komunizmowi… Że powinniśmy być dumni. Nareszcie przypomniano o bohaterach Marca ’68, którymi nie byli Jaruzelski z kolegami od Moczara ani Gomułka, lecz tysiące ludzi mających odwagę przeciwstawić się zbrodniczemu systemowi.

W końcu władza w sensowny sposób powiedziała, czym były te wydarzenia. Przeciwstawiła się manipulacjom i kłamstwu, które usiłowały sprowadzić antykomunistyczny zryw do antysemickiej nagonki. I co się dzieje? Wrzask. Wściekłość. Nienawiść. W kolejnych gazetach i telewizjach kolejne „autorytety” sapią pełne oburzenia. Co to znaczy? Dwie rzeczy. Po pierwsze, że w końcu powiedziano prawdę, że to słuszna droga, właściwa opowieść o Marcu ’68. Druga konstatacja jest mniej przyjemna. Bo znowu widzimy, jak głęboko Polska jest chora. Przecież przemówienie premiera i prezydenta powinno normalnych obywateli zachwycić. Ucieszyć. Odkłamanie historii, hołd odwadze… A u tak wielu reakcją jest złość. Ta tzw. elita postokrągłostołowa tak mocno interioryzowała w sobie nienawiść i pogardę dla własnego narodu i państwa, że jakiekolwiek pozytywne odniesienie do polskiej historii doprowadza ja do szału. Bo oni czują, że tracą oręż, że tracą legitymację swojego statusu. W końcu przez dekady już budowali swoją pozycję na nienawiści do własnego państwa. To dlatego z otwartymi ramionami witała ich Bruksela, zapraszano na wykłady i sympozja. Już nie potrafią patrzeć inaczej. Znowu, podczas Marca ’68, zetknęły się dwie Polski. Ta, która chce być dumna z pięknych kart swojej przeszłości, i ta, która jest idealnym przykładem przetrąconego kręgosłupa, produktem postkolonialnej mentalności. Jestem dumny, że mogę należeć do tej pierwszej Polski. A ta druga? Cóż, im głośniej wyje, tym lepiej. To znaczy, że robimy dobrą robotę.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: