1 lutego 2012

Gdyby nie było tego osobistego stosunku, i tak nie mogliśmy się z Jackiem pobić z innego powodu. Byliśmy bokserami innej kategorii wagowej (notabene Jacek znał się na boksie, podobnie jak na golfie czy tenisie). On startował – mówiąc kategoriami boksu zawodowego – w tej królewskiej, ciężkiej. A ja? Niech będzie – w koguciej. I czułem się w niej dobrze. Tacy zadziorni z koguciej, od spraw lekkich, zgrywy, happeningu też są niezbędni w dobrej drużynie. Wesoła, płocha II RP miała ich świetnych. I sprawdzili się także w niewesołych czasach.

Natomiast Jacek miał świat poukładany w głowie, rozumiał sprawy najwyższej wagi, o których miałem blade pojęcie, a i to głównie z jego artykułów. Czy po 1989 r. mieliśmy ministra spraw zagranicznych, mającego zbliżoną do Jacka Kwiecińskiego wiedzę o Ameryce? Szczerze wątpię. Znaczenie jego publicystyki z lat 90., gdy dzisiejsze jej gwiazdy nosiły pieluchy, było nie do przecenienia. To Jacek w swojej najwyższej formie miał wielki wpływ na wyznaczenie linii obozu niepodległościowego w stosunku do Ameryki, Unii Europejskiej czy Izraela. Także dekomunizacji czy lustracji. Pisał wtedy z pasją, zupełnie inaczej niż w ostatnich latach. W tych najważniejszych sprawach zgadzałem się z Jackiem niemal zawsze. A szczególnie gorliwie, gdy próbowali wyśmiewać jego twardą postawę niemający promila jego wiedzy ani charakteru komentatorzy z innych gazet.

Za to zadziornie i z przekonaniem broniłem w sporach z nim swych racji bliższych mojej wadze koguciej. Wierzę, że słusznie. Jacek przez lata nie podzielał mojego optymizmu co do znaczenia środowiska kibiców. Ale kiedy zobaczył tłumy na stadionie trzymające transparenty z wizerunkami Żołnierzy Wyklętych, powiedział mi, nieznacznie tylko wypadając z konwencji pesymisty: to będzie miało znaczenie. Ale nie teraz. Nie w najbliższych wyborach. Gdy ci ludzie dojrzeją, za parę lat.

Wiele razy ganił mnie za naiwny optymizm. Oczywiście miał rację. Ale na swoje...
[pozostało do przeczytania 57% tekstu]
Dostęp do artykułów: