W wybuchowym korytarzu. Najwyżej położone miasto świata

Wieczorem robi się tu naprawdę zimno. I raczej nie powinno to dziwić. W końcu jesteśmy na wysokości prawie 4000 m n.p.m.

Gdy przyzwyczajony do nizin Europejczyk ląduje na położonym 5 kilometrów od miasta lotnisku Capitán Nicolás Rojas, ma pełne prawo poczuć się dziwnie. Spacer szybkim krokiem wzdłuż pnącej się w górę w kierunku starówki uliczki Coloradasde Bolivia sprawi, że po kilku susach będzie musiał przystanąć, aby złapać haust powietrza. Tutaj naprawdę ciężko się oddycha.

Potosi, południowa Boliwia. Najwyżej położone miasto świata, zamieszkane przez przeszło 130 tys. Indian, w większości potomków dzielnych górników. Tych samych, dzięki którym o boliwijskim miasteczku stało się głośno na całym kontynencie. To przecież stąd na przełomie XIX i XX w. startowały wyładowane po brzegi minerałami pociągi sunące nad ocean do chilijskiej Antofagasty. Najstarsi mieszkańcy miasta pamiętają jeszcze lata, kiedy dzień w dzień wydobywano stąd setki kilogramów cyny. Jeszcze starsi nieśmiało wspominają o kilogramach srebra. Ostatni z pociągów odjechał ze stacji w La Paz w połowie lat 90. Od tej pory górnicy zostali sami.

Nie oznacza to jednak, że pobliskie kopalnie zamknięto. Indianie pracują w nich nadal. Wydłubują, co znajdą. Zwykle cynk. Srebro ogląda tu już mało kto. Ale poszukać można razem z miejscowymi.

Zanim jednak wejdziemy do pobliskiego, szarawo-sinawego masywu, w którym wydrążone są kopalniane korytarze, warto podejść na ulokowany u podnóża góry targ. To na nim zakupimy prezenty dla oprowadzających nas po kopalni górników: liście koki, dwulitrową butelkę Inka Coli oraz... laski dynamitu. Za jedną nitroglicerynową mieszankę zapłacimy nie więcej niż kilkanaście bolivianów (około 10 złotych).

O ile liście koki oraz butelka napoju są prezentem dla Indian, o tyle dynamit jest de facto prezentem dla nas samych. Teraz, gdy mamy już wszystkie zakupy, możemy udać się pod wejście do kopalni. Z...
[pozostało do przeczytania 51% tekstu]
Dostęp do artykułów: