Człowieczy los

Nadchodząca Wielkanoc sprawia, że wyjątkowo postanowiłem nie recenzować książki, lecz zająć się inscenizacją. Warszawski teatr Rampa podjął się trudnego zadania i sięgnął po słynną rock operę Andrew Webbera i Tima Rice’a „Jesus Christ Superstar”. Okazja doskonała, 1050 lat od Chrztu Polski, dobry zespól aktorsko-wokalny, rewelacyjna choreografia Santiago Bello.

Przekonywający Judasz i Maria Magdalena, niezły, choć może zbyt histeryczny Jezus (Jakub Wocial) – tyle o aktywach. Co do reszty – nie jestem krytykiem muzycznym, ale przywykłem, że z musicalu wychodzę z paroma choćby utworami zapadającymi w pamięć. Pod tym względem Webber, który pokazał swoje możliwości w „Evicie” i „Kotach”, tu rozczarowuje, a jego rock trąci myszką. Jednak o wiele większe wątpliwości, zwłaszcza jak na spektakl wystawiany z okazji rocznicy Chrztu Polski, nastręcza libretto. „Superstar” jest dramatem człowieka zdradzonego, który ponosi śmierć za swoją działalność. Człowieka, podkreślam, a nie Boga – w spektaklu nie ma Zmartwychwstania, a tym bardziej Wniebowstąpienia. Zresztą jego tragedię przykrywają niejako dramaty innych ludzi – zakochanej Marii Magdaleny, nie do końca rozumiejącej motywy Mistrza, ucznia, który zwątpił – Judasza i całkiem fajnego prokuratora Judei Piłata z Pontu, który został postawiony w sytuacji, w której mógł jedynie umyć ręce.

Jezus odarty z boskości może zaciekawić, ale czy wstrząsnąć? Zmartwychwstanie stworzyło całkowicie odmienną perspektywę dla ludzkości, stało się kamieniem założycielskim naszej cywilizacji. W opowieści o cieśli z Nazaretu brak mi skutków jego śmierci. Życiodajnej Dobrej Nowiny, która odmienia świat. Pod tym względem bardziej chrześcijańskie w wymowie było „Ostatnie kuszenie Chrystusa”.


Jesus Chris Superstar
Teatr Rampa, Warszawa 2017
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: