Neo-Sowieci wśród nas

Jedynymi partiami, jakie znam, które wciąż mówią o wyprowadzaniu Polski z UE, są Platforma i Nowoczesna. Chcą w końcu nawet referendum w tej sprawie. Na szczęście mimo tego typu bredni przeciętny Polak lubi Europę, rozumie przydatność Unii, jednocześnie trafnie diagnozuje jej patologie.

Niestety, są jednak dni, kiedy mam wrażenie, że jest jeszcze w nas wiele z Azji. W tym negatywnym sensie. Bo jak inaczej określić to, co dzieje się wokół obchodów tragedii smoleńskiej? Naturalna i godna potrzeba uczczenia pamięci ofiar wciąż, nawet siedem lat po katastrofie, jest konfrontowana ze skrajnym barbarzyństwem. Policja nieustannie musi zważać na możliwość prowokacji. Tak zwani Obywatele RP (chociaż lepszym określeniem byłoby: Obywatele Putina) głośno, bez zażenowania, pozwalają sobie na groźby i publiczne deklaracje o zakłócaniu obchodów. 10 kwietnia stanęliśmy wszyscy na Krakowskim Przedmieściu, by wspominać. Nie tylko tych, którzy zginęli. Także żeby pokazać, iż wciąż pamiętamy kłamstwa, mataczenia i prymitywną pogardę, którymi tuż po katastrofie ówczesna władza próbowała zniszczyć wspólnotę opowiadających się za prawdą. By pamiętać o tych, którzy ze strachu przed odpowiedzialnością, utratą kontroli nad Polakami, zaprzeczyli podstawowym wartościom naszej cywilizacji, wybierając zamiast nich barbarzyństwo godne Sowietów – tańce na grobach, kpiny ze śmierci, brutalne chamstwo. Nie zapomnimy o bydlakach pokroju Palikota, którzy zapraszali na „krwawą Mary” czy „kaczkę po smoleńsku”. Pseudodziennikarzy, takich jak błazny Wojewódzki z Figurskim i ich piosenkę „Po trupach do celu”. Wymieniać można w nieskończoność. Te żałosne persony i ich pomagierzy oraz oficerowie prowadzący – to jest element, który wciąż pokazuje, jak daleko nam do Europy, a jak blisko do Azji. 10 kwietnia na Krakowskim spotkała się wspólnota stworzona wokół wartości europejskich. Naprzeciw niej – prymitywna banda neo-Sowietów. Pokazaliśmy im, jak daleko nam do Azji.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: