Stary numer Baćki. Łukaszenka szuka „piątej kolumny”

Po kilku kryzysowych miesiącach w stosunkach z Rosją i ustępstwach w obliczu protestów Łukaszenka znów dokręcił śrubę. I ponownie oskarża Zachód. Taka sekwencja wydarzeń zdarza się nie po raz pierwszy.

Zaczęło się – jeszcze pod koniec ubiegłego roku – od ekonomicznego sporu z Rosją. Jak zwykle, poszło o ceny ropy i gazu. Rosyjska propaganda zaatakowała Łukaszenkę i białoruską niepodległość jak nigdy dotąd i, dziwnym trafem, przeciwko reżimowi zaczęli wychodzić na ulice Białorusini. W tle zaś była stopniowa poprawa relacji Mińska z Zachodem i samodzielne stanowisko Łukaszenki w sprawie Ukrainy. Powodem do demonstracji był dekret nr 3 nakładający podatek na bezrobotnych. Poczynając od wiecu i Marszu Oburzonych 17 lutego, niemal codziennie dochodziło do ulicznych protestów „darmozjadów”. Niepokój Łukaszenki musiał budzić fakt, że działo się to nie tylko w Mińsku, ale też w innych miastach. Początkowo władza nabrała wody w usta, a Łukaszenka wyniósł się z kraju „po angielsku”, do Soczi. Stał przed wyborem: albo siłowe stłumienie protestów, albo wycofanie się z dekretu. Każde wyjście mogło mu poważnie zaszkodzić.

Marchewką i kijem
Kiedy pod wpływem protestów odwołano budowę biurowca w pobliżu miejsca masowego pochówku ofiar stalinowskiego terroru w Kuropatach, lider białoruskiego Młodego Frontu Źmicier Daszkiewicz ogłosił: „To lokalne zwycięstwo”. Wydawało się, że Łukaszenka, który zdążył wrócić z Soczi, wybrał drogę dialogu i ustępstw. Tym bardziej że trzy dni później prezydent oświadczył, iż dekret w sprawie „podatku od pasożytnictwa” wymaga poprawek, więc pobór nowej daniny rozpocznie się o rok później.
Sygnałem, że to płonne nadzieje, był reportaż, który 6 marca wieczorem wyemitował pierwszy program telewizji państwowej. Przestrzegano w nim, że organizatorzy protestów są dla korzyści politycznych gotowi nawet na powtórkę z Majdanu na Białorusi. Autorzy materiału twierdzili, że liderzy akcji są...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: