Adwokat diabła

W najszacowniejszej i najstarszej działającej na świecie instytucji, jaką jest kuria rzymska, kiedy dochodzi do kolejnego procesu beatyfikacyjnego czy kanonizacyjnego, niezwłocznie powołany zostaje fachowiec, tzw. adwokat diabła. I nie chodzi wcale o to, aby z góry podważać zasługi potencjalnego świętego, ale by zabezpieczyć się przed możliwością błędu, uprzedzić ewentualne krytyki. Parokrotnie zwracałem się z propozycją do rozmaitych wpływowych osób, aby skorzystać z doświadczeń Watykanu i powołać kogoś takiego u nas. Eksperta, lub nawet zespół, który badałby bezlitośnie każdą propozycję rządu, grupy posłów czy liderów rządzącej partii pod kątem ewentualnych błędów i strat wizerunkowych.

W ciągu ostatniego roku parokrotnie dzięki czujności i zimnej krwi naczelnika państwa uniknięto gigantycznych wpadek, które z mozołem w najlepszej wierze wypichcili jego dworacy. Ale czy prezes może być wszędzie i zawsze? Mógłby mu pomóc „adwokat diabła”, choć zespół cech, jakimi winien się wyróżniać, jest niemały – wnikliwość, dociekliwość, bystrość, bezstronność, bezczelność, nieustępliwość, nieprzekupność… Czy są w ogóle gdzieś tacy ludzie? W tradycji polskiej się zdarzali, tyle że nosili zazwyczaj miano dworskiego błazna, a ich mistrzem niedościgłym był Stańczyk, mówiący gorzkie prawdy kolejnym Jagiellonom. Ale dziś? Jedyny kandydat, jaki przychodzi mi do głowy – Robert Górski – nie przyjmie raczej takiej posady, skoro pogardził zaproszeniem z Telewizji Publicznej. Utytułowani naukowcy zaś, eksperci zwykli popadać w skrajność od wazeliny do kwasu solnego (vide prof. Staniszkis). A jak kończy się liczenie na pomoc z zagranicy, pokazuje casus Komisji Weneckiej. Więc co robić? W sytuacji braku instytucji „adwokata błazna” jedynym informatorem władzy pozostają badania opinii publicznej, ale to skazuje na nieustanne miotanie się od ściany do ściany i potykanie się o własne nogi częściej niż te podstawiane przez przeciwników. Oj, bieda, bieda!
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: