Bezkarność

Wbrew teoretykom prawa przestępcy bardzo starannie kalkulują, czego dowodem może być nawet znany wierszyk: „Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata”. I zawsze (choć nie zawsze w pełni skutecznie) działała na wyobraźnię możliwość utraty życia, a zwłaszcza cień szubienicy.

Także jasnowłosy Wiking doskonale przeliczył sobie ewentualne koszty swojej rzezi. „20 lat, a może…” – dźwięczało mu w uszach, kiedy repetował karabin.

Autorzy zamachów w Madrycie już wyszli, a Bin Laden, gdyby zamiast kryć się po rozmaitych Tora-Bora, wyjechał do Skandynawii, byłby już na zwolnieniu warunkowym.

Ale o karze śmierci nie wolno nawet dyskutować!

Kiedyś przeceniano jej odstraszającą moc. W 1620 r., po zamachu na Zygmunta III, sprawca, niejaki Piekarski, został poddany straszliwemu rytuałowi: „Wpierw obwożono go na wózku pospołu z oprawcami i narzędziami tortur po rynku i ulicach Warszawy, po czym zaprowadzono go na rusztowanie osiem łokci nad ziemię wzniesione, gdzie kat ów czekan żelazny, którym zbrodzień na majestat się targnął, w rękę mu wsadził i razem z nią w żywy ogień wraził, a po spaleniu całkowitem, mieczem odciął. Następnie obcięto mu również lewą kończynę, a później, wzorem wziętym z egzekucji zabójcy Henryka IV, Ravaillaca, czterema końmi, na cztery części rozerwany został. Szczątki zamachowca zostały spalone, a proch zeń powstały w działo nabity i wystrzałem rozproszony”.

Ciekawe, czy gdyby coś takiego groziło Breivikowi, równie ochoczo przystąpiłby do ratowania naszej cywilizacji?
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: