Pop-powstanie Warszawskie

„Powstańcze” landrynki

Rok później kapela Lao Che wydała genialny, i chyba do dziś nieprześcigniony album „Powstanie Warszawskie”, po którym na dobre rozpoczęła się kariera sierpniowego zrywu w popkulturze. – Wielkie wydarzenia historyczne, takie jak Powstanie Warszawskie, wymagają wyjątkowego ujęcia i dotarcia do szerokich rzesz odbiorców – mówił Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego zdaniem, oba te warunki spełnia kultura masowa. Ta zaś rządzi się swoimi prawami.

Trudno w niej o miejsce na patos czy typowo rocznicowe zadęcie. Niby to dobrze, ale każdy medal ma dwie strony. I tak, prócz piosenek z patriotycznymi tekstami czy poezją powstańców, marszy i gier miejskich były już landrynki w puszce z fotografią zniszczonej Warszawy, temperówka bombowiec, cała masa kubków, smyczy, podkładek pod myszkę, znaczków i innych gadżetów.

Jedni podchodzą do nich ze sporą dawką dystansu, np. prof. Andrzej Paczkowski. – Od premiery musicalu „Jesus Christ Superstar” można powiedzieć, że kultura masowa zagarnęła już wszystko. To popularyzacja przez infantylizację, ale mnie to nie przeszkadza, dopóki współistnieją inne, poważne sposoby ekspresji – mówił historyk i członek Kolegium IPN, dla którego wiele „powstańczych” gadżetów jest po prostu kiczowata.

Komiksem malowane

Czasem ta krytyka była mocno przesadzona. Cztery lata temu Muzeum zaproponowało konkurs na najlepszy komiks o Powstaniu. Suchej nitki na powstańczych komiksach nie zostawił Krzysztof Varga, co nieco dziwi, tym bardziej że „Gazeta Wyborcza” objęła antologie patronatem medialnym. W „Dużym Formacie” pisał: „Jak widzę antologię komiksu o Powstaniu wydaną pod patronatem Muzeum Powstania, to mam tak zwane ambiwalentne uczucia. Nie tylko z powodów artystycznych, nie tylko dlatego, że niektóre z tych komiksów były marne. Ambiwalencja znika, gdy widzę najnowszy komiks o Tytusie, Romku i A’Tomku, tym razem...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: