Bez Rosjan nie byłoby katastrofy

Zatem wczesną wiosną ubiegłego roku obóz władzy rzeczywiście nie miał pewności co do zwycięstwa w wyborach prezydenckich. I to jest argument za wystawieniem Komorowskiego, którego można było w kampanii zaprezentować jako kandydata również godnego uwagi środowisk patriotycznych. Na zasadzie wielkiego nieporozumienia, ale jednak.

Czy potrafi Pan odpowiedzieć na pytanie, jakie są motywy polityki zagranicznej rządu Tuska czy szerzej – całego obozu władzy? Co chce osiągnąć? Do czego zmierza?

Odpowiadając na te pytania, muszę cofnąć się do początku lat 90. Donald Tusk był wtedy bardzo aktywny, aktywny był Kongres Liberalno-Demokratyczny. Ich ówczesne pomysły to federalizacja kraju (landyzacja), sfera szczególnej współpracy z Niemcami na zachodzie Polski, z ZSRR (jeszcze istniał) na wschodzie, ciszej, ale zdecydowanie, mówili o zastąpieniu Wojska Polskiego niewielkimi siłami samoobrony. Jan Krzysztof Bielecki sam mnie do tego pomysłu przekonywał. Generalnie ich ówczesne pomysły wcielone w życie zaowocowałyby pozbawieniem Polski znaczącej podmiotowości na arenie międzynarodowej. Czy dzisiejsza polityka rządu i prezydenta to w jakimś stopniu realizacja tamtych pomysłów? To bardzo ważne pytanie, ale trudno na nie udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Kto dziś odgrywa dominującą rolę w naszej polityce zagranicznej – premier czy prezydent?

W mojej ocenie są dwa ośrodki. Zresztą podobnie było, gdy żył mój śp Brat. Wtedy Kancelaria Prezydenta miała rzeczywiście inne priorytety dyplomatyczne niż rząd Tuska. Dziś wydaje się, iż oba ośrodki działają nieporównanie bardziej spójnie – choć doprawdy nie sposób określić cele tych działań. Bronisław Komorowski jest na pewno bardziej aktywny w relacjach z Rosją. Donald Tusk zachowuje dziś wobec Kremla większy dystans – przynajmniej pozornie. Bo przecież porozumienie z Putinem po katastrofie smoleńskiej – do dziś zresztą tajne – wskazuje, iż faktyczne tendencje są...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: