Referendalna beczka prochu

Jeszcze niedawno ONZ skłaniała się do odłożenia głosowania. Jednak autonomiczne władze Sudanu Płd. uznają wszelkie podobne sugestie za nie do przyjęcia. Grożą wznowieniem wojny domowej, jeśli południe nie będzie mogło jak najszybciej zdecydować o swojej przyszłości. Perspektywa wybuchu zbrojnego konfliktu spędza wszystkim sen z powiek, bo rozpoczęty pięć lat temu proces pokojowy nie przewiduje żadnych alternatywnych rozwiązań, gdyby do referendum nie doszło. A obie strony posiadają pokaźne regularne armie, które od miesięcy koncentrują się na wspólnej granicy.

Gra o secesję południa

Aby uniknąć najgorszego, ONZ próbuje doprowadzić do głosowania w terminie mimo jego kompletnego nieprzygotowania. Równocześnie wobec spodziewanego opowiedzenia się mieszkańców południa za niepodległością, zachodnia dyplomacja z Ameryką na czele naciska na rząd centralny w Chartumie, by nie próbował utrzymać jedności kraju siłą.

Aktywniejszą niż dotychczas polityką USA wymusza dość duże zainteresowanie losem Sudanu ze strony amerykańskiej opinii publicznej, w tym niektórych gwiazd Hollywood. Amerykańscy dyplomaci kilkakrotnie w ostatnich miesiącach odwiedzali Sudan, m.in. oferując władzom zniesienie długoletnich sankcji gospodarczych oraz wykreślenie Sudanu z listy państw popierających terroryzm w zamian za pogodzenie się z secesją południa.

Nie są to jednak zachęty, które mogłyby w jakikolwiek sposób zrekompensować rządowi utratę 1/4 terytorium kraju i znajdujących się na południu dochodowych pól naftowych. W zeszłym roku międzynarodowy trybunał arbitrażowy wyszedł naprzeciw oczekiwaniom Chartumu i zmienił wspólną granicę, pozostawiając część cennych pól na północy. Jednak w razie secesji południe i tak przejmie 80 proc. złóż ropy w kraju. Autonomiczne władze Sudanu Płd. już teraz próbują wykorzystać tę okoliczność, by dogadać się z państwami takimi jak Chiny, które zainwestowały duże pieniądze w wydobycie sudańskich złóż....
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: