Z zapisków tęskniącego

Tęskno mi do tamtego oblicza taternictwa. Do gór pozbawionych beznadziejnej aury wyścigów. Do intymnej relacji człowieka z naturą. Do pokusy wchodzenia wyżej i wyżej. Ale nie dla wyścigu

czerniecki.net
Nie dało rady iść. Po prostu nie dało… – nawet dziś, po 14 latach od tragicznych wydarzeń, głos Michała momentalnie poważnieje. Na co dzień radosny i pogodny, gdy mówi o tym dniu, staje się na chwilę nieco innym człowiekiem. – TOPR-owcy podwieźli nas do samego schroniska. Wyszliśmy czym prędzej w górę. Daliśmy jednak radę dojść jedynie do Grzesia. Było tak nawiane, że momentami trzeba było iść ze śniegiem po pierś. Zakopywaliśmy się bez przerwy. Gdyby nie chodziło o Weronikę i Tomka, na pewno byśmy zawrócili. A tak próbowaliśmy mimo wszystko. Niestety bezskutecznie. Trzeba było wracać. Opadliśmy z sił. A i szans na dalsze kopanie się w tych zaspach nie mieliśmy już żadnych.
W mieszkaniu na warszawskim Mokotowie co jakiś czas słychać dzwonek telefonu stacjonarnego. Nie zawsze znajduje się odważny, żeby odebrać. To raczej nie telefon od kogoś z rodziny. Ci wolą już nie dzwonić. Nie teraz. Nie w tych dniach. Wiedzą, że każdy taki dzwonek to podsycana po raz kolejny nadzieja. Że może dzwonią z Zakopanego. Że może udało się czegoś dowiedzieć? Że może jednak nie jest tak najgorzej? A może wręcz przeciwnie? Może właśnie to telefon zwiastujący najgorsze? Tak, najbliżsi już nie dzwonią. Wolą przyjść osobiście. Posiedzieć wspólnie w ciszy przy herbacie. Razem popłakać. Najstarszy z braci bierze na siebie odpowiedzialność za przybyłych gości. W pokoju gościnnym rozkłada na podłodze mapę Tatr.
– Od kilku dni trwają poszukiwania. Michał z ekipą właśnie wrócili. Mówią, że nie ma szans iść dalej. Przed wyjazdem Weronika mówiła, że mieli plany wejścia na Wołowiec. Być może gdzieś tam spędzili noc. Tomek zna te rejony. Wie, gdzie są jamy, gdzie można bezpiecznie biwakować. Jednak jeśli rzeczywiście coś się stało… – chłopak zawiesza głos...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: