Patrzeć komisjom na ręce

Wybory za kilka dni. Na stronie internetowej Państwowej Komisji Wyborczej furczy od publikowanych w ciągu ostatnich tygodni uchwał, filmików instruktażowych, wytycznych, uzupełniających informacji. Jest ich coraz więcej i więcej. Uruchomiono serwis informacyjny, a w nim kolejne dziesiątki stron

Urzędy szkolą członków komisji, wydają dyspozycje, zwierają szyki. Ruszyła urzędowa wyborcza machina. Tysiące ludzi, kolosalne wydatki… Państwo stwarza pozory dobrej organizacji, metodycznego działania i troski o demokratyczny przebieg wyborów. A jak jest faktycznie?
Dziurawy system
Klikamy w „Zaświadczenie o prawie do głosowania” na stronie PKW i czytamy, jak można je zdobyć. Pomińmy już fakt, że kilka dni temu nastąpiła awaria systemu ewidencji ludności w Warszawie (czy tylko w Warszawie?) i wydanie zaświadczenia w formie wydruku z systemu stało się niemożliwe. Osoby chcące głosować poza swoim miejscem zamieszkania były odsyłane z kwitkiem, a potem zaczęto wystawiać zaświadczenia ręcznie, co spotęgowało chaos. Ci, którzy wyjechali, zanim system ruszył, po prostu zostali pozbawieni prawa do głosowania. Formalnie nikt ich niczego nie pozbawił, lecz praktycznie – jak najbardziej. A kto był odpowiedzialny? Otóż enigmatyczny, bezosobowy system, w tym wypadku – system ewidencji ludności…
Czy nastąpiło to przypadkowo? Tuż przed wyborami? W ubiegłym roku dużo mówiło się o awariach i niewydolności systemu MSW „Źródło”. Czy ma on jakiś związek z zawieszającym się tuż przed dniem wyborów systemem ewidencji ludności? 
Ale załóżmy, że po „odwieszeniu” systemu otrzymujemy zaświadczenie i zadowoleni wyjeżdżamy głosować w innym miejscu. Wyjeżdżamy nieświadomi, że może dojść do innego wyborczego naruszenia. Na stronie PKW czytamy bowiem: „Wyborca, któremu wydano zaświadczenie o prawie do głosowania, zostanie z urzędu skreślony ze spisu wyborców, w którym dotychczas był ujęty”. Zostanie skreślony z urzędu – hm... przez kogo? Kiedy? W...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: