Czy ktoś po nich płacze

W 1944 r. Niemcy wysadzili kościół św. Jacka w Warszawie, grzebiąc pod jego gruzami ok. tysiąca osób. Dzisiaj istnieją możliwości techniczne, aby te osoby ekshumować. – Uważam, że ci zmarli zasługują na to, aby ich zidentyfikować i pochować obok innych ofiar powstania na cmentarzu wolskim – mówi prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN. Przedstawiciele zakonu Dominikanów, obecnego gospodarza kościoła, nie są o tym przekonani. – Nasz kościół został uznany jako uświęcony krwią ludzką i Jezusową, miejsce święte, i tak funkcjonuje w naszej pamięci – mówi przeor klasztoru Dominikanów o. Michał Adamski

2 września 1944 r. Wielka cisza. Oddziały AK wczesnym rankiem, po miesiącu ciężkich walk o niemal każdy dom, prowadzonych kosztem tysięcy zabitych i rannych, opuściły kanałami Stare Miasto i odeszły do Śródmieścia, zabierając lżej rannych. W częściowo zbombardowanym 26 sierpnia szpitalu powstańczym pod kościołem św. Jacka, przy wiodącej z Rynku Nowego Miasta na Starówkę ulicy Freta, pozostali tylko ci, którzy nie mogli o własnych siłach chodzić, oraz szukająca schronienia ludność cywilna Starówki. 
Do kościoła przylegają dawne pomieszczenia klasztorne, w których od 1918 r. mieści się sierociniec. Sklepienie kościoła jest zawalone po bombardowaniu, podobnie jak część podziemi. Jednak szpital funkcjonuje, 38 osób z personelu medycznego pracuje, lekarze robią obchody, siostry zmieniają opatrunki. Chociaż leczyć nie ma już czym. Gruz leży tak wysoko, że zasłania częściowo jedną z kościelnych kaplic, tę od strony rynku Nowego Miasta – kaplicę Kotowskich. Klasztor jest w lepszym stanie niż kościół. Spalony został tylko dach, wybite są okna. 
Do dzielnicy wkraczają Niemcy z oddziałów SS Gruppenführera Hansa Reinefahrta i Oberführera SS Oskara Dirlewangera.
Zbrodnia Reinefahrta
Niemcy wchodzą do szpitala wczesnym rankiem, są w miarę grzeczni, obiecują pomoc Czerwonego Krzyża i odchodzą. 
Tymczasem o godz. 11, u kierującego...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: