Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Tajemnice sędziego, agenta Łukaszenki

Dodano: 14/05/2024 - Nr 20 z 15 maja 2024
FOT. PAP/RAFAŁ GUZ
FOT. PAP/RAFAŁ GUZ

Przed ucieczką na Białoruś sędzia Tomasz Szmydt rozpatrywał w WSA niejawne sprawy dotyczące funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej, którzy padli ofiarą brutalnej prowokacji ze strony białoruskich służb. We wcześniejszym okresie, zanim został bohaterem stacji TVN, szczególnie zależało mu na inwigilacji najbliższego otoczenia Zbigniewa Ziobry i na dotarciu do samego ówczesnego ministra sprawiedliwości – dowiedziała się „Gazeta Polska”. – Sprawa sędziego Szmydta nakazuje postawić pytanie o głębokość agenturalnej penetracji środowiska sędziowskiego w Polsce – mówi były szef Służby Wywiadu Wojskowego gen. Andrzej Kowalski.

Czy casus sędziego Tomasza Szmydta – ujawnionego przez Mińsk jako człowieka białoruskich i rosyjskich służb specjalnych – to jednostkowy przypadek, czy też mamy do czynienia z głębszą infiltracją polskiego środowiska sędziowskiego, które zresztą nigdy nie zostało zweryfikowane i od lat wywołuje podziały w polskim społeczeństwie?

Na pytanie to z pewnością nie odpowiedzą obecne polskie władze, które sprawę Szmydta wykorzystują przede wszystkim do ataku na opozycję (m.in. zapowiedź powołania komisji badającej rzekome białoruskie i rosyjskie wpływy w Zjednoczonej Prawicy) – absurdalnego, biorąc pod uwagę prorosyjskie powiązania i inklinacje środowiska Donalda Tuska. Tymczasem Szmydt awansował do sędziowskiej elity dzięki prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, potem próbował w jakimś celu dotrzeć do Zbigniewa Ziobry (nie był więc jego protegowanym), a po tzw. aferze hejterskiej stał się bohaterem antypisowskich mediów i rozpatrywał w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie niejawne sprawy atakowanej przez Koalicję Obywatelską polskiej Straży Granicznej.

Zdrajca Polski i „Polscy Kaci”

Jak ustaliła „Gazeta Polska”, tylko w dwóch ostatnich miesiącach przed ucieczką na Białoruś sędzia Tomasz Szmydt orzekał w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie w kilkunastu niejawnych rozprawach, w których miał dostęp do informacji mogących zainteresować białoruskie i rosyjskie służby. Podmiotami w tych sprawach były m.in. MSZ, Agencja Mienia Wojskowego, MON, Centralne Wojskowe Centrum Rekrutacji w Warszawie, Urząd Ochrony Danych Osobowych, MSWiA, Komendant Główny Policji, Dyrektor Generalny Służby Więziennej w Warszawie, Centralna Wojskowa Komisja Lekarska oraz IPN czy NBP. Tomasz Szmydt pracował w WSA w Warszawie od 2012 roku, a więc przez 12 lat orzekał w dziesiątkach, jeśli nie setkach spraw z udziałem podobnych organów administracji publicznej. – Nawet jeśli ich przedmiot  pozornie wydaje nam się błahy, jak na przykład dostęp do informacji publicznej czy kwestia praw pracowniczych, to sędzia Szmydt miał w nich wgląd do danych osobowych i informacji wrażliwych, które dla obcych wywiadów (potencjalna rekrutacja, szantaż, inwigilacja, dywersja) mogą okazać się bezcenne. Wiedział, który funkcjonariusz czuje się sfrustrowany lub poszkodowany, miał świadomość, które informacje bądź dane organy administracji chcą ukryć przed opinią publiczną. Do tego przed WSA w Warszawie toczą się rozprawy, których podmiotem są organy centralne ulokowane w stolicy, więc dostępne dla składu sędziowskiego informacje są tu z reguły, z wywiadowczego punktu widzenia, jeszcze bardziej wartościowe – mówi „GP” osoba znająca kulisy pracy operacyjnej służb specjalnych.

Szmydt orzekał także – jak sprawdziliśmy – w sprawach dotyczących Straży Granicznej (formalnie podmiotem był Komendant Główny Straży Granicznej). Tylko w marcu 2024 roku odbyły się dwie takie rozprawy, w których sądził Szmydt. Na 16 maja 2024 roku zaplanowana została kolejna. – Funkcjonariusze Straży Granicznej to osoby szczególnie narażone na wrogą działalność służb białoruskich i rosyjskich. W kontekście informacji o wcześniejszych wyjazdach sędziego Szmydta na Białoruś – państwa koordynującego ataki fizyczne na polskich strażników granicznych – fakt, iż orzekał on w sprawach dotyczących funkcjonariuszy Straży Granicznej, jest szczególnie szokujący – dodaje nasz informator. 

I zwraca uwagę na opisaną w listopadzie 2021 roku przez portal Niezalezna.pl grupę „Polscy Kaci” na rosyjskim Telegramie. Szkalowała ona polskich strażników granicznych, oskarżając ich o wyimaginowane zbrodnie i upubliczniając ich dane: zdjęcia, imię, nazwisko często wraz z datą urodzenia, adresem, a także linkiem do profilu na Facebooku. W niektórych przypadkach były też numery telefonów. Informacjom tym towarzyszyły pełne niezręczności językowych i rusycyzmów opisy oskarżające polskich funkcjonariuszy o najgorsze czyny, m.in. morderstwa popełniane na migrantach. – Do tej pory nie znaleziono osoby odpowiedzialnej za przekazanie tych danych białoruskimf/rosyjskim służbom specjalnym. Była to prawdopodobnie osoba z samej Straży Granicznej. Czy została ona pozyskana dzięki sędziemu? A może to sam sędzia miał bezpośredni udział w zdobyciu tych danych przez KGB-FSB? – zastanawia się rozmówca „GP”. 

Dodajmy, że na 4 czerwca 2024 roku sędzia Szmydt miał zaplanowane sprawy związane z odmowami wydania poświadczeń bezpieczeństwa w zakresie dostępu do informacji niejawnych, w tym o klauzulach NATO SECRET, SECRET UE i „Tajne”. 

Modus operandi

Według informacji „GP” istnieją dowody na to, że Szmydt współpracował ze służbami białoruskimi (i rosyjskimi) przynajmniej od roku. Świadczą o tym m.in. jego wcześniejszy wyjazd na Białoruś w czerwcu 2023 roku oraz doskonale przygotowana – logistycznie i propagandowo – operacja wyjazdu sędziego z Polski (urlop w Turcji, specjalnie przygotowany kanał na Telegramie, medialny objazd po białoruskich i rosyjskich mediach).

Charakterystyczne, że już w kwietniu 2022 roku, rozmawiając z Onetem, Szmydt wydawał się zabezpieczać na możliwość demaskacji. „Ja szczególnie bojaźliwy nie jestem, ale powiem szczerze. Trochę boję się tego, co może na mnie szykować »dobra zmiana«, żeby mnie zdyskredytować. Bo na każdego można coś znaleźć, dowolną, przepraszam za słowo, pierdołę. Każda metoda wynajdywania czego się da na tych, którzy podpadną, była i, jak przypuszczam, nadal jest przez rządzących akceptowana” – mówił wówczas sędzia-szpieg. 

Prawnicy, z którymi rozmawiała „Gazeta Polska”, szczególną uwagę zwracają na błyskawiczną karierę Szmydta, który studia prawnicze ukończył w 1996 roku, krótko pracował w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w Ostrołęce, później jako asesor trafił do Sądu Rejonowego w Ciechanowie, następnie został sędzią tego sądu, ale szybko w ramach delegacji trafił do Sądu Okręgowego w Płocku. W końcu został sędzią Wojewódzkiego

Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Zachowała się uchwała Krajowej Rady Sądownictwa sprzed 12 lat, w której zacytowano m.in. opinię ówczesnego prezesa WSA: „Tomasz Szmydt posiada predyspozycje i jest wszechstronnie przygotowany do wykonywania zawodu sędziego sądu administracyjnego, prezentuje wysoki poziom przygotowania merytorycznego oraz kwalifikacje do wykonywania tej funkcji i zasługuje na ocenę wyróżniającą”.

W czerwcu 2012 roku KRS przedstawiła wniosek o powołanie Szmydta na sędziego WSA w Warszawie; co ciekawe, był on jedynym kandydatem, bo zgłoszenia kilkunastu innych osób odrzucono. W październiku otrzymał nominację od ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego.

– Zrobił świetlaną karierę, o której inni sędziowie mogli jedynie pomarzyć, chyba że mieli „plecy rodzinne” w sądownictwie lub jakiegoś protektora. I on takiego protektora musiał mieć, warto byłoby go znaleźć – tłumaczy w rozmowie z „GP” sędzia, która miała kontakt służbowy ze Szmydtem.

Osoby, które w przeszłości poznały Szmydta, zwracają uwagę na pewien schemat w jego zachowaniu. – Bardzo szybko, już na początku znajomości, zaczynał opowiadać o problemach osobistych, kłopotach z żoną i tym wzbudzał litość, bo jego relacja rzeczywiście brzmiała dramatycznie. Później jednak zaczynał przemycać teorie o charakterze politycznym, momentami karkołomnie spiskowe, przekonywał, że ma jakąś tajemną wiedzę.

Niektórzy słuchali go z powodu współczucia ze względu na wspomniane problemy, a on to próbował wykorzystywać. Zaczynał prosić o zapoznanie go z innymi sędziami, także pełniącymi ważne funkcje – taką relację usłyszeliśmy od wielu rozmówców. – Szczególnie mocno zależało mu na dotarciu do ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Z tego co wiem, nigdy mu się to nie udało – dodaje jeden z nich.

Rosyjska operacja sędziowska

Generał Andrzej Kowalski, były szef Służby Wywiadu Wojskowego, zwraca uwagę na kluczowy problem. – Sprawa sędziego Szmydta nakazuje postawić pytanie o głębokość agenturalnej penetracji środowiska sędziowskiego – wskazuje w rozmowie z „Gazetą Polską”. Podkreśla przy tym, że nie można poprzestać jedynie na wątku Schmydta.

– Sytuacja, która się teraz ujawniła, to tylko wyzwalacz. Powinniśmy bardzo głęboko przemyśleć, jakiego problemu dotykamy. Nie chodzi o jednostkowy przypadek zwerbowania jakiegoś sędziego. Przypomnę, że były enuncjacje, iż sędziowie wyjeżdżali na polowanie na Syberię. Bardzo ciekawy sygnał, który nigdy nie doczekał się sensownego rozpatrzenia – dodaje.

Były szef SWW nie ma wątpliwości, że istnieje konieczność pilnych zmian systemowych. – Bardzo byśmy potrzebowali, żeby posłowie, politycy po obu stronach tej barykady, przez chwilę przestali się okładać pałkami po głowie i wykrzykiwać, czyim sędzią był ten pan, do którego obozu on należał. Powinni ponadpartyjnie usiąść i rozważyć ogromny problem sądownictwa w Polsce, jako kasty nietykalnej pod każdym względem. Przecież ten sędzia formalnie nadal jest objęty immunitetem, nie dokonał się akt pozbawienia go godności sędziowskiej. Mamy więc człowieka na Białorusi, który jest uciekinierem i szkaluje polskie władze, polski rząd, i ciągle ma immunitet, który go chroni. To absurdalne. Wymaga głębokiej reformy – tłumaczy gen. Kowalski.

– Wydaje mi się, że nie jest to przypadek osoby niedawno zwerbowanej, raczej bym obstawiał, że mamy do czynienia z kimś, kto od wielu lat miał kontakty z białoruskimi bądź rosyjskimi służbami specjalnymi. Skłaniałbym się ku temu, że jeżeli nawet Białorusini brali w tym udział, to operacja musiała być koordynowana z Rosjanami – twierdzi były szef SWW. I przypomina: – Sędzia ten uczestniczył w bardzo istotnym elemencie wojny psychologicznej toczonej na pewno na zlecenie Kremla wobec Polski: podsycaniu podziałów politycznych z wykorzystaniem różnych niesnasek wewnątrz środowiska sądowniczego. Była to bardzo zgrabnie rozegrana operacja, która moim zdaniem miała źródło na Kremlu.

– Jeśli Szmydt długo działał, to był tak dobrym agentem, że nie został wykryty, czy to efekt właśnie „nietykalności” środowiska sędziowskiego? – pytamy naszego rozmówcę. 

– Obstawiałbym, że to w związku z tym, iż to środowisko nigdy nie było poddawane weryfikacji, zwłaszcza sędziowie, którzy tak jak on, uczestniczyli w sprawach związanych z najwyższymi klauzulami tajemnic. Myślę, że ten wręcz organiczny immunitet chronił go i chroni też innych ludzi, którzy prawdopodobnie w tym środowisku działają jako obcy agenci – mówi gen. Kowalski.

– Czyli jest więcej szpiegów wśród sędziów? – Z pewnością tak jest. Każdy wywiad dąży do tego, żeby w takiej grupie zawodowej jak sędziowie mieć agenturę. Jestem głęboko przekonany, że to środowisko potrzebuje opieki kontrwywiadowczej. Chociażby po to, żeby nie było takich przypadków więcej, ale też żeby wykryć tych ewentualnie pracujących agentów, którzy w tym środowisku z pewnością są – podkreśla były szef SWW.

– Nie jest możliwe, żeby służby państw obcych, zwłaszcza wrogich Polsce, nie próbowały zainstalować agentury w tak ważnym obszarze, jakim jest szeroko pojęty wymiar sprawiedliwości. Zwłaszcza w takich miejscach, w jakich orzekał Tomasz Szmydt, czyli w sądach administracyjnych w zakresie służb specjalnych i ich funkcjonariuszy. Teraz zobaczyliśmy jednego człowieka, który – czy to z własnej woli, czy też zmuszony jakimiś okolicznościami – uciekł do swoich mocodawców, ale wcześniej ktoś mu pomógł, ktoś go promował – mówi nam sędzia Łukasz Piebiak, były wiceminister sprawiedliwości, przewodniczący stowarzyszenia „Prawnicy dla Polski”.

„Skruszony” sędzia-bohater

Mainstreamowe media w Polsce – które atakowały rząd Zjednoczonej Prawicy za odpieranie hybrydowego ataku reżimu Łukaszenki na polskie terytorium – wypominają dziś PiS-owi, że sędzia Szmydt brał udział w tzw. aferze hejterskiej w 2019 roku i atakował w sieciach społecznościowych sędziów sprzeciwiających się wprowadzaniu zmian w sądownictwie przez ówczesnego ministra Zbigniewa Ziobrę. Nie dodają jednak, że jeszcze całkiem niedawno Szmydt był częstym gościem TVN 24 i „Gazety Wyborczej”, gdzie przedstawiany był jako „skruszony sędzia”. I wykorzystywany do skoordynowanych ataków na Zjednoczoną Prawicę.

Dziś środowisko to odcina się od sędziego-zdrajcy. Antypisowskie stowarzyszenie sędziowskie „Iustitia” usunęło ze swojej strony wszystkie artykuły, w których powoływano się na rewelacje Szmydta, a politycy Platformy Obywatelskiej, m.in. poseł Kamila Gasiuk-Pihowicz, którzy wykorzystywali „aferę hejterską” do ataków na ówczesny rząd, a potem chętnie korzystali z informacji sędziego, robią wszystko, by skojarzyć go z prawicą. Nawet w sposób tak sztubacki jak senator Krzysztof Kwiatkowski, który Szmydta zaczął nazywać „neo-sędzią”. W sukurs przyszedł mu Maciej Knapik, dziennikarz TVN (w tej stacji Szmydt także bywał). Oczywiście, ma to stwarzać wrażenie, że sędzia był beneficjentem konkursów przed obecną KRS.

– A to nieprawda, bo od 2012 roku sędzia Szmydt nie brał udziału w żadnej procedurze konkursowej KRS. On cały czas orzekał w tym samym sądzie – tłumaczy „GP” sędzia Dagmara Pawełczyk-Woicka, przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa. Szmydt jedynie krótko, bo na przełomie lat 2018/2019, był dyrektorem wydziału prawnego KRS.

– Teoretycznie mógłby mieć dostęp do akt osobowych kandydatów, ale jak rozmawiałam z pracownikami biura Rady, to specjalnie nie interesował się tymi dokumentami. Nie angażował się specjalnie w pracę, miał jakieś inne cele i zadania. Sądzę, że chodziło o sianie dezinformacji, wciągnięcie jak największej liczby sędziów w dziwne relacje. To są jednak tylko moje dywagacje, przemyślenia po tym, co się teraz wydarzyło – mówi sędzia Pawełczyk-Woicka. Dodaje, że z dzisiejszej perspektywy zastanawia się, czy „afera hejterska” mogła zostać zainspirowana przez obce służby. – Wszystko zależy od tego, kiedy Szmydt nawiązał z nimi współpracę – tłumaczy.

Także stowarzyszenie Prawnicy dla Polski podkreśliło, że „wszystkie trzy nominacje sędziowskie Tomasz Szmydt odebrał po weryfikacji jego kandydatury przez tzw. starą KRS, w tym ostatnią od prezydenta Bronisława Komorowskiego. Za czasów tzw. nowej KRS nie awansował w hierarchii sędziowskiej”. Według Prawników dla Polski ucieczka sędziego „z dużym prawdopodobieństwem wskazuje na to, że był on od dawna szpiegiem obcego wywiadu, zadaniowanym w polskim wymiarze sprawiedliwości”. Stowarzyszenie przypomniało też znamienną wypowiedź byłej ambasador USA Georgette Mosbacher. Amerykanka już po inwazji Rosji na Ukrainę oświadczyła: „Pora powiedzieć to głośno – jeśli chodzi o problemy z praworządnością, spora część z tego, co docierało na Zachód, była efektem rosyjskiej dezinformacji. Zarówno Unia, jak i Ameryka przyjmowały ją bezkrytycznie”.GP

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze