Komorowski bezwzględny i cyniczny

Nie można mieć żadnej wątpliwości, że pełna moralna odpowiedzialność za katastrofę smoleńską spada na tych, którzy rządzili. Na Donalda Tuska i w ogromnej mierze, może nawet większej, na Bronisława Komorowskiego. Donald Tusk publicznie niczego takiego jak Komorowski nie mówił: „jaka wizyta, taki zamach. No bo nie trafić z 30 metrów w samochód, to trzeba ślepego snajpera”. Albo: „Przyjdą wybory albo prezydent będzie gdzieś leciał i to się wszystko zmieni” - z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Joanna Lichocka

Co po tych pięciu latach, jakie mijają od katastrofy w Smoleńsku, możemy powiedzieć o Polsce?
Przede wszystkim to, że nawiązując do znanego wtedy powiedzenia: „państwo zdało egzamin”, kompletnie, radykalnie go oblało. Gdyby ktoś miał stawiać stopnie, to nawet nie jest to pała, tylko coś zupełnie spoza skali. Państwo nie wypełniło najbardziej podstawowych obowiązków, które winno spełnić, gdy ginie 96 Polaków – już nawet pomijam, że byli to prezydent Rzeczypospolitej i jego małżonka, prezydent na uchodźstwie i wielu wybitnych polityków i działaczy społecznych. Nie spełniło elementarnego standardu zachowań w przypadku katastrofy. Począwszy od działań dyplomatycznych – nie postawiono żądania eksterytorialności terenu, na który spadł samolot, nie zgromadzono wszystkich dowodów, nie uzyskano realnej możliwości przeprowadzenia śledztwa, nawet nie doprowadzono do przeprowadzenia sekcji przez polskich lekarzy.

Ostatnio Grzegorz Schetyna, szef MSZ, przyznał: „byliśmy naiwni wobec Rosji, oddanie śledztwa było błędem”.
Proces upadku funkcji państwa zaczął się wcześniej. Podczas zgromadzenia obywatelskiego w sprawie katastrofy smoleńskiej 10 września 2010 r. powiedziałem, że tej katastrofy by nie było, gdyby nie permanentny atak na prezydenta. Gdyby nie przemysł pogardy, w którym brali udział najwyżsi dostojnicy państwowi. To był pierwszy etap zdejmowania ochrony z prezydenta. Pokazywano, że...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: