Koń na wzgórzu

Moskale sami zostawiali po sobie pomniki. Nie musimy ich już budować. Te pomniki to kloaczne ślady w rozbebeszonych polskich domach, rozprute książki, spalone meble. A nawet swoiste, modernistyczne „dzieła barbarzyńskiej sztuki”

Gdy w 1920 r. Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy, Polskę ogarnęło przerażenie. „Zza kordonu wojsk bolszewickich, z okolic zajętych przez armię czerwoną przekradały się wieści piekielne: pożary, grabieże, morderstwa, krwiożercze sądy czerezwyczajki, zabójstwa obywateli miejskich bez sądu, za to jedynie, że są właścicielami większej własności. Mordowanie księży. Pastwienie się nad kobietami. Któż z nas w oczach nie ma tego korowodu dziesiątka tysięcy wozów, ciągnących na Warszawę i za Warszawę, z pod Mińska, z pod Wilna, z pod Grodna, z pod Lidy, Wołkowyska, Pińska, Prużan, Kobrynia, Brześcia, z ziemi Łomżyńskiej, z pod Radzymina! To ludność tych okolic, zamożni i biedacy, uchodzili w trwodze przed strasznym najazdem…” – pisał w „Cudzie Wisły” Adam Grzymała-Siedlecki.
„GW”: Postawić pomnik agresorom
Ludziom owym włosy zbielałyby zupełnie, gdyby żyli jeszcze i mieli okazję przeczytać teraz,  jak w „wolnej” Polsce, w roku 2014, redaktor Paweł Wroński z prorządowej „Gazety Wyborczej” pisze o żądaniach Rosjan dotyczących zbudowania w Krakowie pomnika ofiar „polskich obozów koncentracyjnych”. Sprawa honorowania pomnikiem zmarłych po wojnie polsko-bolszewickiej jeńców (nie mordowanych, lecz umierających z powodu chorób zakaźnych) trzymanych w polskich obozach JENIECKICH odbiła się w mediach szerokim echem. W pierwszej chwili wydawało się nawet, że – jak rzadko kiedy – wobec propagandowego ataku rosyjskiego zgodnym głosem zaczną mówić wszyscy (włączając w to nawet polityków lewicy). Ta nadzieja była jednak złudna. Dziennikarz i zasłużony działacz Agory napisał tekst, który nawet przy największych chęciach trudno nazwać racjonalnym czy próbującym ważyć obie strony. Jest po prostu jawnie probolszewicki i...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: