Bardzo zły bankster!

Ferrara to reżyser uwodzony przez obrazy występku, z których buduje dzieła sławiące cnotę i dające nadzieję na odkupienie. Taki był „Zły porucznik” z Harvey Keitelem, pełen scen chorego seksu i przemocy.  Ale już w odrażającym i szyderczym wobec polityków „Witaj w Nowym Jorku” widać tylko zapis upadku.

Rzecz dotyczy wybryku Dominique Strauss-Kahna w USA. Parokrotny minister francuskiej republiki, kandydat na prezydenta i szef banku światowego, zapomniał się wobec czarnoskórej pokojówki. Został cofnięty z lotniska, oskarżony o gwałt i zatrzymany w areszcie. Uratowali go prawnicy i połowica, która wyłożyła miliony. Swoje zrobiła supozycja, że francuskiego amoroso wciągnięto w pułapkę. Ale światową karierę S-H i jego ambitnej żony tak czy owak diabli wzięli.  
Film swobodnie rekonstruuje węzłowe wydarzenia, pomijając procesowe wybiegi. Bankowca gra obleśny Depardieu; żoną jest dystyngowana Bisset. Mężczyzna to gargantuiczne zwierzę, na które – niczym rozstawne konie – czekają po obu stronach Atlantyku panie gotowe do orgii. Jest w filmie tych orgietek więcej niż palców u ręki, przy czym dodatkowo dwukrotnie bankowiec globtroter dopuszcza się gwałtu. Igraszki obsługują autentyczne specjalistki zgromadzone przez Romero na planie.
Depardieu, który robi z siebie osła u Putina, tu w prologu filmu przytomnie dywaguje o marności polityków. Na ekranie konsekwentnie i zręcznie kompromituje swojego bohatera, nie kryjąc własnej słoniowatej cielesności, godząc się na udział w scenach odrażających, żałosnych, śmiesznych. Ale też prawie fantastycznych, absurdalnych.
Wizja bankstera, maniaka pozbawionego instynktu samozachowawczego, zmiażdżonego, ale bezkrytycznego, to jednak autorska licentia poetica Ferrary. Równie, może nawet bardziej ciekawy byłby łajdak, który się maskuje, udaje, no i trochę jednak pracuje. Ale Depardieu gra bankowca na jednej strunie, jako pożądliwego potwora domagającego się akceptacji. I ze strony filmowej żony...
[pozostało do przeczytania 28% tekstu]
Dostęp do artykułów: