Defilady

Ekipa od siedmiu lat dzierżąca władzę w Polsce nie tylko bagatelizowała zagrożenia, lecz także w wielu sprawach to „przyjaciele Moskale” i relacje z nimi stawały się ważniejsze niż dbanie o polski interes narodowy i ochrona naszych obywateli przed agresją

9 maja 1920 r. odbyła się w Kijowie niezwykła defilada. Była swoistym pozytywnym crescendo tzw. wyprawy kijowskiej – zamysłu polityczno-militarnego komendanta Józefa Piłsudskiego, który pragnął wcielić w życie swoją ideę federalistyczną. W myśl tej idei jedynie państwa wolnych narodów Europy Wschodniej mogły razem stworzyć siłę zdolną oprzeć się agresywnej rosyjskiej-radzieckiej polityce. Wolna Ukraina była częścią owego planu, a jej politycznym cementem miał być sojusz Piłsudski–Petlura.

Gdy Polska była nieugięta
Zanim jednak defilada się odbyła, do Kijowa zaczęły wjeżdżać polskie oddziały. Pierwszy zjawił się pododdział 1. dywizjonu 1. pułku szwoleżerów, który 5 maja wpadł na „Kureniówkę”, czyli przedmieścia kijowskie. Szwoleżerowie zamiast na koniach, wjeżdżali do zdobywanego miasta… tramwajem, jadącym z Puszczy Wodnej, czyli podmiejskiego letniska. Chłopcy w rogatywkach, wyposażeni w jeden karabin maszynowy, zgarnęli niewielki oddział przeciwnika i wrócili tym samym tramwajem z ośmioma jeńcami.
Dwa dni później polskie oddziały wkroczyły do naddnieprzańskiego miasta w pełnej gali, witane przez mieszkańców. Z dumą jaśniały czoła ułanów, którym musiały się przypomnieć tylekroć czytane opowieści o Bolesławie Chrobrym, Bolesławie Śmiałym czy Szczerbcu, zyskującym swą nazwę poprzez uderzenie w kijowską Złotą Bramę.
Wielka, uroczysta defilada odbyła się po dwóch dniach, według austriackich regulaminów musztry – paradnie, równo, głośno, z piersią wypiętą do przodu. Na początku „leguny” z 1. dywizji piechoty, za nimi podhalańskie pułki i orkiestra z przepasanym wstęgą „tambour-majorem” oraz konikiem ciągnącym wielki ozdobny bęben. Szli także,...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: