Jak hodowano potwora

Zupełnie zidiociałe media i elity III RP z Adamem Michnikiem i wyleniałym macho Danielem Olbrychskim na czele odkryły, że w Rosji pojawił się satrapa, który zagraża światowemu pokojowi. Zakładając, że mówią serio, oznacza to, że Putin został osadzony na Kremlu najwyżej kilka miesięcy temu i zupełnie odwrócił politykę znanej z pokojowych zamiarów Moskwy.

Salony III RP słabo zauważyły masakrę w Czeczenii, a w czasie konfliktu w Gruzji niemal stały po stronie Rosji. Tu trzeba przyznać, że Michnik na chwilę docenił rolę Lecha Kaczyńskiego, by potem znowu wściekle go atakować. Jednak to, co stało  się 10 kwietnia 2010 r. i w Polsce, i w wielu krajach demokratycznych, było zaproszeniem Moskwy do dużo większej agresji niż w Gruzji, a nawet w Czeczenii. Na oczach całego świata dokonano zagłady prezydenckiej delegacji NATO-wskiego państwa. Reakcja polskich elit politycznych, lecz także NATO i UE, była po prostu fatalna. Od Warszawy, przez Brukselę i Waszyngton przekonywano, że przyczyną tej tragedii nie mogło być żadne celowe działanie. Głupota i strach sparaliżowały rządy i media. Bojąc się, że Polacy mogą nawet bez pomocy własnych władz ustalić prawdę, oddano śledztwo Rosjanom. Ci już bez żadnych ceregieli zniszczyli dowody, a odpowiedzialność za tragedię przerzucili na ofiary katastrofy.
Putin miał okazję się przekonać, że z Zachodem może zrobić wszystko. Tak było, i w zasadzie tak jest dalej w sprawie Ukrainy. Ingerencja Rosji na Ukrainie była oczywista od samego początku. Pierwsze sankcje wprowadzono wobec Moskwy dopiero, gdy wojska rosyjskie wylądowały na Krymie. Zrobiono to nie tylko opieszale, ale wręcz kompromitująco słabo. Na kolejną reakcję Putina nie trzeba było długo czekać. Ustawił stutysięczną armię na granicy z Ukrainą i czeka na sposobność do agresji. Co gorsza, Zachód bezmyślnie z góry wykluczył jakąkolwiek pomoc militarną. To oznacza, że bandytę z Moskwy może zatrzymać wyłącznie heroiczna postawa Ukraińców. Czy to...
[pozostało do przeczytania 2% tekstu]
Dostęp do artykułów: