Profesura zdegenerowana

Upadek polskiej polityki zaczął się w latach 90. W dużej mierze za sprawą intelektualistów, którzy nie mogli się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jak chociażby Stefan Niesiołowski, ulubieniec mediów

„Chorzy na AIDS to przede wszystkim zboczeńcy i narkomani. Oni na ogół sami sobie są winni… Na Zachodzie homoseksualiści już wywalczyli sobie ogromne przywileje. Ja się z tym nie zgadzam i nigdy nie uznam prawa nakazującego traktować zboczenie jako normę” – tego nie powiedziałaby nawet posłanka Pawłowicz, to słowa Stefana Niesiołowskiego z 1992 r. Niesiołowski, działacz opozycyjny, zaczął wybijać się już w sejmie kontraktowym. Swoje największe sukcesy jako przedstawiciel czarnosecinnej prawicy miał jednak w kadencji 1991–1993 – w okresie, w którym prawica, z jednej strony, święciła tryumfy, jak chociażby rząd Olszewskiego czy prawo aborcyjne (tu trzeba uznać pozytywny wkład Niesiołowskiego), a z drugiej znaczna jej część uległa poważnej degeneracji. To wtedy zaczął się proces intelektualnego rozkładu części elit naszej strony sceny politycznej.  

Sejm profesorski
Profesura w polskim parlamencie to bardzo specyficzna grupa. Dzieli się na kilka części. Są więc profesorowie eksperci, tych najczęściej nie widać, wykonują swoją robotę w komisjach i zabierają głos w debatach, o których dziennikarze nie mają najmniejszego pojęcia. Tych zwykle nie łapie się przy sejmowych schodkach, by powiedzieli cokolwiek, bo dziennikarskiego mięsa z tego nie będzie. Są też profesorowie, którzy dostali się do sejmu jako autorytety. Nie zawsze wchodzą w szczegóły prac, ale stanowią ważny czynnik dopełniający debatę publiczną w Polsce. Jest jeszcze trzecia grupa: intelektualiści-degeneraci. Ich wkład w prace parlamentarne jest zwykle znikomy, potencjał do wywołania skandalu zaś ogromny. To oni czasem przekierowują debatę publiczną na tory, które są jej zupełnie niepotrzebne. To oni przejmują na siebie funkcję rycerzy prawd...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: