Zbyszek

Wiadomość o śmierci Zbyszka Romaszewskiego przyjęliśmy z niedowierzaniem i jakby przerażeniem. To teraz już Zbyszka nie będzie? Przecież Zbyszek był zawsze. Zawsze od 36 lat, gdy spotkaliśmy się w szeregach tych, którzy odważyli się publicznie powiedzieć komunie: „Nie”

Andrzej Gwiazda: „Bycie” w szeregach „opozycji” tworzyło więzi nieraz silniejsze niż te rodzinne czy starych przyjaźni. Więzi solidarności i wzajemnego zaufania. Zbyszek należał do grona tych kolegów, o których w niepewnych sytuacjach nie musieliśmy się martwić: „a co on zrobi”. Wiedzieliśmy – Zbyszek postąpi prawidłowo. To była ogromna ulga.
W 1980 r. koleją rzeczy byliśmy w Solidarności, w Komisji Krajowej, najwyższej władzy Związku. W czasie wojny mnie zamknęli od razu, a Zbyszek schował się w podziemiu i robił Radio Solidarność. Siedzieliśmy sobie spokojnie na „Mokotowie”, na sławnym ubeckim oddziale, a tu nagle, po zgaszeniu światła, z głośników zawieszonych gdzieś za murem słyszymy: „Tu mówi Radio Solidarność”. Trudno opisać wrażenie. To była euforia. Całe więzienie na lipie (przy okienkach) słuchało w absolutnej ciszy. Chociaż wchodzenie na stołek i słuchanie przez lufcik było surowo zakazane, klawisze do końca audycji nie przeszkadzali, też słuchali. To było poczucie zwycięstwa: „Ale dokopaliśmy komunie”. Tak samo jak polityczni, odebrali to więźniowie kryminalni. Nie było ważne, że z całej audycji niewiele zdań udało się zrozumieć. Wszyscy wiedzieli, co „Solidarność” chce nam powiedzieć. Ważne było, że: „Mówi Radio Solidarność”.
W połowie 1982 r. Zbyszek dołączył do więźniów „Mokotowa”, lecz zobaczyliśmy się dopiero w połowie 1984 r., gdy grupa autorytetów różnej barwy postanowiła namówić „jedenastkę” do podpisania „lojala” w nieco zawoalowanej formie. „Lojal” miał natychmiast otworzyć bramę więzienia. Dla ludzi, którzy już 2,5 roku siedzieli za kratami, taka propozycja była na tyle kusząca, że mogła łamać charaktery. Dodatkowo...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: