Zaczęło się od Małysza

Co takiego się stało, że naród, który jeszcze przed dekadą był uznawany za zespół wyjątkowych zimowych antytalentów, nagle, gdy temperatura spada poniżej zera, dostaje skrzydeł? – Wszystko dzięki Adamowi Małyszowi – dowodzi prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner

W ciągu ostatnich 12 lat w zimowych igrzyska zdobyliśmy 10 medali. To o sześć więcej niż we… wszystkich poprzednich zimowych olimpiadach. Czyli w latach 1924–1998. Wtedy medal zdarzał nam się średnio co 18,5 roku. Ta statystyka w przypadku kraju z niemal 40-milionową populacją nie była powodem do dumy. Zarówno w przed-, jak i powojennych granicach gór i jeżdżących na nartach nam nie brakowało, w czasach komunizmu nie brakowało również pieniędzy na masowe uprawianie sportów zimowych, a jednak o sukcesy na igrzyskach było bardzo trudno. Medale? Franciszek Gąsienica-Groń w kombinacji norweskiej w Oslo w 1952 r. zdobył brąz, cztery lata później Elwira Seroczyńska srebro, a Helena Pilejczykówna brąz w łyżwiarskim biegu na 1500 metrów. Złoty medal zdobył niespodziewanie Wojciech Fortuna w japońskim Sapporo w 1972 r. na dużej skoczni.  

Statystyka upadków
Dodajmy, że każdy z tych medali był właściwie niespodzianką. Polacy jeździli na zimowe igrzyska, aby zadośćuczynić sloganowi, że „liczy się udział”, zajmować miejsca w trzeciej dziesiątce, a w najlepszym razie osiągnąć „niewątpliwy sukces”, jakim było miejsce w pierwszej ósemce.
Wszyscy kibice w Polsce wiedzieli, że prawdziwe medalobranie jest latem, na zimowe sukcesy nie ma co się napinać. Ja podczas kibicowania wyznaczałem naszym zawodnikom cele zastępcze. I tak liczyłem sobie, ile razy podczas programu dowolnego wywróci się nasz dobry skądinąd łyżwiarz Grzegorz Filipowski albo czy nasze biegaczki dadzą radę być w pierwszej trzydziestce w którymś z biegów. Dawało to mi pewną satysfakcję, bo Filipowski zawsze w konkurencji upadków był w czołówce i jego trenerka Barbara...
[pozostało do przeczytania 61% tekstu]
Dostęp do artykułów: