Drut kolczasty i kółka z dolarów

Igrzyska w Soczi, podobnie jak w przeszłości te w Berlinie, Moskwie czy Pekinie, służyły i służą propagandowym celom organizujących je państw, które trudno było i jest nazwać „chcącymi żyć w pokoju”. Dlaczego ponadpaństwowa i niosąca teoretycznie bardzo pokojowe przesłanie organizacja – Międzynarodowy Komitet Olimpijski – na to pozwala? To proste. Dla pieniędzy

Państwa totalitarne nie muszą liczyć się z kosztami i najczęściej stać je na zorganizowanie imprezy, jakiej świat nie widział. A że przy okazji tworzą festiwal komunistycznej lub narodowosocjalistycznej propagandy, jakiej świat nie widział, to zupełnie inna sprawa. Zresztą świat się często na tę propagandę łapie…

Niepowtarzalna szansa Hitlera
„Cudzoziemcy, którzy znają Niemcy jedynie z tego, co zobaczyli podczas tych miłych tygodni, mogą wynieść tylko jedno wrażenie, a mianowicie, że jest to kraj szczęśliwy i niewiarygodnie bogaty, że Hitler jest jednym z największych żyjących przywódców politycznych świata oraz że sami Niemcy są niesłusznie oczernianym, gościnnym, pokojowo nastawionym narodem, który zasługuje na wszystko, co świat może im dać najlepszego” – pisał „New York Times” tuż po zamknięciu Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w sierpniu 1936 r.
Adolf Hitler nie był zwolennikiem igrzysk, uważając je (jak wiele rzeczy, których nie lubił) za „żydowski wynalazek”. Jednak gdy 30 stycznia 1933 r. został kanclerzem Niemiec i zastał już decyzję (z 1932 r.) o przyznaniu Berlinowi organizacji igrzysk olimpijskich, szybko dostrzegł w nich niepowtarzalną szansę na promocję Niemiec pod jego rządami. W stolicy kraju, w którym od 1933 r. ludzie niewygodni dla władzy znikali bez śladu, kraju, w którym w 1934 r. bez zbyt dużych skrupułów wyrżnięto wewnątrzpartyjną opozycję, który zbroił się na potęgę i gotował do wojny, zorganizowano igrzyska z założenia sławiące przecież pokój, które perfekcją, poziomem organizacji i nowoczesnością przebiły wszystkie...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: