Platforma to już dziś postkomuna

Referendum warszawskie nie spełniało wymogów konstytucyjnych. Było tyle różnych nadużyć, z brakiem tajności na czele, że w praworządnym państwie pewnie byłoby unieważnione

Jest Pan zadowolony z wyników referendum?
Byłbym, gdyby udało się odwołać panią Hannę Gronkiewicz-Waltz, bo jest fatalnym prezydentem. Ale nie jest tak, że nie mamy powodów do satysfakcji. Jeśli wziąć pod uwagę, jak szeroki front ludzi nawoływał do bojkotu referendum, oraz to, ilu wyborców zazwyczaj bierze udział w takich przedsięwzięciach, to wynik jest całkiem dobry. Frekwencja była wyższa niż w Elblągu, w Łodzi czy w Częstochowie, gdy odwołano tamtejszych prezydentów. Trzeba też dodać do tego jeszcze jeden fakt – referendum stało się w istocie jawne.

Do bojkotu nawoływali premier, prezydent, prezydent Warszawy, marszałek sejmu…
W tej sytuacji decyzja o pójściu na referendum była powiedzeniem: jestem przeciwko temu, co się dzieje w Polsce, chcę zmienić władzę. Jeśli w Warszawie, w miejscu dość specyficznym, ponad 300 tysięcy osób podpisało się pod takim postulatem, to nie jest najgorzej. Myślę, że w warunkach tajności byłoby ich dużo więcej.

Presja władzy sprowadzała się do komunikatu: idziesz na referendum, jesteś „pisior”.
Wybory więc rzeczywiście nie spełniały wymogów konstytucyjnych. Było tyle różnych nadużyć, z brakiem tajności na czele, że w praworządnym państwie pewnie byłyby unieważnione. U nas nie ma co mieć złudzeń w tej sprawie.

Tylko że politycy PiS nie mówili o tym zbyt dobitnie przed referendum. W połowie sierpnia Janusz Wojciechowski napisał na swoim blogu, że premier i prezydent łamią prawo, naciskając na urzędników zależnych od PO, by nie szli głosować. A potem cisza. Dlatego Donald Tusk może mówić: „Jak rozumiem, jest to reakcja tych, którzy przegrali, bo tydzień, dwa czy trzy tygodnie temu tych zastrzeżeń nikt nie zgłaszał”.
...
[pozostało do przeczytania 86% tekstu]
Dostęp do artykułów: