To nie debata, tylko front

Niesłychany atak na naukowców próbujących niezależnie od władzy ustalić prawdę o katastrofie smoleńskiej jeszcze raz przypomniał nam, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Po pierwsze, istniejące dowody wskazują na to, że 10 kwietnia 2010 r. doszło do zamachu, czyli morderstwa z premedytacją osób znajdujących się na pokładzie rządowego samolotu. Do dowodów, które mnie przekonują, zaliczam: brak krateru po uderzeniu w miękki grunt osiemdziesięciotonowego tupolewa, skala zniszczeń, jakich nie dokonałoby zderzenie z ziemią przy znanej prędkości, rozmieszczenie szczątków samolotu charakterystyczne dla wybuchu, a także wiele innych dowodów dużo bardziej szczegółowych przedstawionych przez naukowców.

Przeciwko rządowej wersji świadczy przede wszystkim fakt sfałszowania zapisu ostatnich sekund lotu, ukrycie sygnału TAWS 38, konsekwentne pomawianie o spowodowanie tragedii bez jakichkolwiek podstaw merytorycznych prezydenta, gen. Błasika i pilotów, co świadczy o z góry przyjętej tezie.

Kosmiczne historie z mierzeniem długości pancernej brzozy już dawno odebrały władzom jakąkolwiek wiarygodność. Jeżeli mamy pewność, że brzoza została złamana przed katastrofą, to wersja Anodiny–Millera po prostu nie istnieje.

Skąd więc taka zajadłość w atakowaniu wszystkich i wszystkiego, co może podważyć raporty rządowe? Bo walka nie toczy się tylko o prawdę, ale dla wielu uwikłanych w smoleńskie kłamstwo także o kariery, wolność osobistą, a nawet życie. Jeżeli prezydent został zamordowany, to zaatakowano nasz kraj, państwo należące do NATO i wszyscy za to odpowiedzialni muszą ponieść daleko idące konsekwencje. Nie wierzę w to, żeby Rosjanie z powodu oskarżeń wobec Putina chcieli rozpętać awanturę w Europie.

Słabnący watażka w takiej sytuacji zostanie natychmiast poświęcony na ołtarzu interesów otaczających go KGB-istów. Putin i Tusk chociaż należą do przeciwstawnych bloków politycznych, w sprawie Smoleńska walczą po prostu o...
[pozostało do przeczytania 20% tekstu]
Dostęp do artykułów: