Tusk chce, by polała się krew

Dokładnie trzy tygodnie po awanturach 11 listopada 2012 r. rząd Tuska postanowił zaprosić do Warszawy na 11 listopada 2013 r. tysiące alterglobalistów i lewaków. Ich spotkanie z narodowcami i kibicami idącymi w Marszu Niepodległości musi zakończyć się krwawymi zamieszkami. Koszt imprezy to 100 mln zł. Koszty, jakie poniosą ofiary starć, poznamy dopiero w listopadzie.
 
Spór, czy organizacja szczytu klimatycznego 11 listopada jest jedynie szczytem nieodpowiedzialności władzy czy jednak świadomą prowokacją rządu, który ściągając do kraju tysiące lewaków, chce zdyskredytować opozycję, rozstrzygnął już sam premier. I okazuje się, że obie odpowiedzi są poprawne. Donald Tusk najpierw naiwnie stwierdził, że zgromadzenie w jednym miejscu dwóch skrajnie antagonistycznych grup nie skończy się zamieszkami, a następnie zapowiedział, że nie zaapeluje o zmianę daty rozpoczęcia szczytu, chociaż dla ONZ nie byłby to problem. Daty zmieniano już kilkakrotnie, m.in. w 2009 r. czy 2012 r.
 
11 listopada 2013 r. w Warszawie spotkają się dwie skrajnie antagonistyczne grupy: tłumy prawicowców i narodowców zderzą się z tysiącami anarchistów, lewicowych działaczy i antyglobalistów. Jedni, jak co roku, będą szli w Marszu Niepodległości, drudzy przyjadą do polskiej stolicy w związku z rozpoczynającym się akurat w tym dniu szczytem klimatycznym. Naiwnością jest przekonanie, że grupy m.in. anarchistów, którzy zapowiedzieli już swoją obecność w Warszawie, przyjadą, by porozmawiać o ekologii, kwiatkach i ociepleniu klimatu.
 
Kiedy sprawę zbieżności dat ujawniła „Gazeta Polska Codziennie”, premier natychmiast się zmitygował. Zaczął przekonywać, że data 11 listopada jako dzień rozpoczęcia szczytu klimatycznego w 2013 r. nie była zależna od polskiego rządu i została wyznaczona jeszcze w 2008 r.
 
Premier ma rację. Data faktycznie została ustalona w 2008 r. Ale to tylko część prawdy. Cała jest taka, że w 2008 r. wyznaczono wyłącznie datę kolejnego...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: