Polityk w tłumie

Wiwatom nie było końca. Stolica tego nieco ponad 3-milionowego kraju udekorowana była amerykańskimi flagami bardziej niż Waszyngton w czasie styczniowej inauguracji czteroletniej kadencji głowy państwa. Dziesiątki tysięcy Albańczyków krzyczały, setkom szczęśliwców udało się nawet Busha dotknąć, bo ochrona była może trochę mniej skrupulatna niż zazwyczaj. Dopiero gdy George W. Bush wrócił do hotelu, spostrzegł, że entuzjazm entuzjazmem, a na przegubie lewej ręki nie ma… zegarka. Skandal utajniono, żeby na szkle albańskiej miłości do Jankesów nie było tej wstydliwej, złodziejskiej rysy. Dopiero po pewnym czasie sekretarz stanu, czyli  szefowa MSZ USA Condoleezza Rice, wygadała się, że na ołtarzu zacieśniania stosunków z zachodnimi Bałkanami jej szef złożył własny czasomierz. 

Tak, polityk wchodząc w tłum, nawet wiwatujący, musi być przygotowany na wszystko. Nicolas Sarkozy, już jako prezydent, gdy ściskał ręce rodaków na jakiejś ekspozycji, ciężko obraził się, gdy pewien Francuz odmówił podania prawicy prezydentowi z prawicy. Gospodarz Pałacu Elizejskiego nazwał go „głupkiem” i poszedł do swoich mądrzejszych krajanów, którzy odwzajemniali uścisk dłoni. 

Bardziej zadziorny od żabojada, temperamentny Brytyjczyk nie poprzestał na obraźliwym geście odmówienia podania ręki, ale po prostu zdzielił brytyjskiego wicepremiera i ministra pracy w rządzie Tony’ego  Blaira – Johna Prescotta. Sympatie synów Albionu wzbudził jednak bardziej zaatakowany niż atakujący, bo „numer 2” w rządzie Jej Królewskiej Mości po prostu oddał delikwentowi na poczekaniu. Ponoć z nawiązką. To się na Wyspach podobało.

Jakie z tego należy wysnuć wnioski? Jest ich kilka. Po pierwsze: nawet w największej egzaltacji tłumu trzeba pilnować zegarka, portfela, komórki. No właśnie. W jednym z krajów afrykańskich sprytny młody Murzynek, odwróciwszy moją uwagę, mimo obecności ochroniarzy strzegących delegacji Parlamentu Europejskiego, pozbawił mnie mojego telefonu komórkowego...
[pozostało do przeczytania 28% tekstu]
Dostęp do artykułów: