To mógł być tylko trotyl

Jan Bokszczanin, prezes Korporacji Wschód Sp. z o.o. produkującej wysokiej klasy detektory, m.in. MO2M, wykrywające ślady materiałów wybuchowych, nie ma wątpliwości, że na wraku wykryto trotyl. Mimo iż prokuratura w opublikowanym oświadczeniu kategorycznie stwierdziła, że użyte w Smoleńsku przez biegłych detektory „nie są wystarczające do potwierdzenia bądź wykluczenia obecności materiałów wybuchowych na wraku Tu-154M 101”.

Jak podkreśla ekspert, urządzenie MO2M, które produkuje jego firma, a którym m.in. badano wrak w Smoleńsku, jest jednym z czterech takich urządzeń najwyższej jakości, działającym notabene na licencji... rosyjskiej. Używane jest do wykrywania materiałów wybuchowych w 60 krajach. Charakteryzuje się bardzo wysoką czułością, skalibrowane jest tylko na wykrywanie materiałów wybuchowych.

– Jeżeli detektor ten pokazuje trotyl, a na ekraniku nie ma informacji o jego „zatkaniu”, to według mnie w danym miejscu musiano znaleźć ślady właśnie TNT. A w Smoleńsku, według mojej wiedzy, badali wrak najlepsi specjaliści z CLK – mówi Jan Bokszczanin.

Detektorami, jakie mieli w Smoleńsku na wyposażeniu biegli, można zbadać także zwłoki ofiar katastrofy na obecność materiałów wybuchowych. Na to, jak wiadomo, nie zgodziła się podczas ostatnich ekshumacji ciał prokuratura, mimo że z takim wnioskiem wystąpili pełnomocnicy prawni rodzin ofiar.

– Trotyl się nie ulatnia, może utrzymywać się na szczątkach zwłok przez wiele lat. Nawet jeżeli ciało ulegnie rozkładowi, pozostanie na zwłokach czy – po ich rozkładzie – na trumnie – zaznacza Jan Bokszczanin.

Co wykażą badania?

Jak podkreśla szef Korporacji Wschód Sp. z o.o., podczas wybuchu nigdy nie rozkłada się cały użyty trotyl. Kiedy dochodzi do eksplozji, tylko część materiału wybuchowego ulega spaleniu, reszta pozostaje nieprzereagowana.

Podczas eksplozji trotylu powstają trzy rodzaje związków: oprócz resztek...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: