Trotylowe kłamstwa wojskowych prokuratorów

Ekspert ośmiesza śledczych

Oznacza to, że wbrew temu, co wcześniej mówili prokuratorzy, w Smoleńsku spektrometry biegłych wskazały trotyl, choć pobranych próbek nie poddano jeszcze badaniom laboratoryjnym. W takiej sytuacji trudno inaczej niż kłamstwem nazwać popisy retoryczne płk. Ireneusza Szeląga, który w październiku, po publikacji „Rzeczpospolitej” na temat trotylu, całkowicie podważał jej wiarygodność i powtarzał, że na wraku „nie stwierdzono materiałów wybuchowych”. Dlaczego wówczas wojskowi śledczy nie odważyli się powiedzieć, że wskazania urządzeń użytych przez biegłych w Smoleńsku były tak jednoznaczne?

Najwyraźniej prokuratorzy działają pod polityczną presją, inaczej nie da się bowiem wytłumaczyć, że po słowach o „wykazaniu trotylu” płk. Artymiak zaczął wyjaśniać, że spektrometry używane przez śledczych tak samo reagują na materiały wybuchowe i na... pastę do butów. To – podkreślmy – kolejna manipulacja śledczych; obnażył ją obecny na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości Jan Bokszczanin, prezes Korporacji Wschód Sp. z o.o., produkującej wysokiej klasy detektory wykrywające ślady materiałów wybuchowych. Powiedział on, że jest niemożliwe, aby urządzenie rozpoznawało trotyl jako coś innego.

– Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeżeli to urządzenie pokazuje, że są to jony trotylu, to mogą być też jony innych substancji – oświadczył Bokszczanin. Zaznaczył, że co prawda urządzenie może się „zapchać”, ale wówczas nie wyda nieprawdziwego wyniku. Jednocześnie producent stwierdził, że aparatura, którą prowadzono badania, to nie sprzęt do wykrywania perfum, a żeby potwierdzić obecność materiałów wybuchowych, wystarczą godzina czy dwie.

„W warunkach naturalnych (...) jeśli takie urządzenie wskazuje, że był to trotyl, to prawdopodobieństwo, iż nie był to trotyl, jest równe zeru” – mówił Bokszczanin. Dodał, że kwestia, w jaki sposób trotyl trafił na badane miejsce – „czy został naniesiony...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: