Nie dać się łobuzerce

Na różne sposoby otoczenie Donalda Tuska próbowało przez ostatnie miesiące zatrzymać spadek notowań partii i rządu. Sprawa była istotna. Pogłębiający się kryzys wizerunkowy rządu, pikujące w dół sondaże pokazujące nie tylko to, jak fatalnie Polacy oceniają rząd, ale też jak źle myślą o kierującym nim liderze Platformy, był mechanizmem uruchamiającym ruchawki w partii. Wewnętrzna opozycja i część mediów niemal otwarcie zaczęły rozważać „kto po Tusku?” i spekulować, czy następcą polityka z Sopotu może być Grzegorz Schetyna czy jednak ktoś inny. Kompromitacje z zamianami ciał ofiar katastrofy smoleńskiej dotyczące tak symbolicznych postaci jak Anna Walentynowicz czy ostatni prezydent na uchodźstwie, którego zresztą ponowny pogrzeb przedstawiciele prezydenta i premiera solidarnie zbojkotowali, była druzgocąca. Spin doktorzy PO i wspierający ich pracownicy koncesjonowanych mediów robili, co mogli, by odwrócić uwagę opinii publicznej. Nawet jednak na części prorządowych mediów zrobiło wrażenie to, jak państwo zarządzane przez PO w sferze symbolicznej i w najboleśniej dosłownej „zdało egzamin”. Odwracanie uwagi za pomocą debaty o in vitro czy aborcji, a także próba rozniecenia innych sporów światopoglądowych, jak walka z Kościołem czy legalizacja związków homoseksualnych, spełzły na niczym.

Zagrać katastrofą

Okazało się, że to wszystko po prostu nie rozpala głów Polaków. Otoczenie Tuska dobrze wie, że jedynie gorący, ostry konflikt może ratować jego pozycję – tak jak przez lata dotąd ratował rządzącą partię. Tyle że żadna z obranych ostatnimi czasy strategii, którą próbowano wzniecić konflikt, nie spełniała swego zadania. Każdą przykrywały wstrząsające informacje dotyczące kolejnych ekshumacji, ponownych pogrzebów, błędów prokuratury i państwowych urzędników, które premier i jego otoczenie próbowali starannie przemilczeć. Ale w końcu najwyraźniej spinowie PO zrozumieli – zostało jedno, jedyne, za to skuteczne narzędzie, które...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: