Dymisja Macrona, prawa imigrantów, przysłowie z Polski i tama z Australii

Felieton [Widziane z Brukseli]

Na budynku przy ulicy, przy której mieszkam w Brukseli, codziennie czytam napis zrobiony chyba kredą: „Macron demission”. Macrona wybierają co prawda Francuzi, a nie Belgowie, ale może jakiś jego krewki rodak pracujący w unijnej stolicy nie zdzierżył i dał upust swojej antypatii. A może lokator Pałacu Elizejskiego stał się już po prostu synonimem demoliberalnego ładu, który budzi w Europie coraz mniejszy entuzjazm? Zresztą z Paryża do Brukseli jest raptem 80 minut pociągiem TGV, a więc może jakiś zwolennik ruchu „żółtych kamizelek” nabazgrał coś na gościnnych występach w belgijskiej stolicy?

Nic to. W Nowym Jorku widziałem na murach dość emocjonalną krytykę prezydenta Chile Miguela Juana Sebastiána Piñery. Z Ameryki Północnej jest jednak do samego koniuszka Ameryki Łacińskiej znacznie dalej niż między tymi dwoma ojcami założycielami EWG. Jak widać, globalizacja protestów stała się faktem. Zatem rodak Salvadora Allende pisze na drugim kontynencie, niedaleko

     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze