Euro w kuflu piwa

Stadion naszym „Misiem”

Z filmem Śmiarowskiego jest jak z kabaretem Jana Pietrzaka. Mimo że w trakcie oglądania widz pęka ze śmiechu, to jednak do domu wraca smutny i zaniepokojony.

Stadion Narodowy, jak mawia w filmie ekonomista Robert Gwiazdowski, to nasz współczesny „miś”, na którego głupio wydaliśmy pieniądze i ten wydatek prawdopodobnie nam się nigdy nie zwróci. – Wpuszczono auta na drogi, na których nie powinno się jeździć – informuje dziennikarz „Gazety Polskiej Codziennie” Marek Michałowski i dodaje, że po Euro trzeba będzie je zamknąć, by dalej remontować. – Wmówiono Polakom, że są tyle warci, ile dobrego powiedzą o nich cudzoziemcy – pada z ust socjolog Barbary Fedyszak-Radziejowskiej. Tłumaczy ona również, że z socjotechnicznego punktu widzenia lepiej jest mówić przed Euro 2012, że odcinka A2 nie będzie, po to, by na chwilę przed otwarciem mistrzostw ogłosić, że jednak się udało. Wtedy komunikat jest taki, że odnieśliśmy sukces, a nie że oddajemy niedopracowany odcinek drogi.

Bo przegrana to wygrana

Te smutne prawdy mieszają się w filmie z obrazkami radosnych, pijanych kibiców, zaśmieconej strefy kibica i polityków rzucających piękne hasła o nowej, lepszej i bogatszej Polsce. – Lepiej się żyje po radosnych, masowych zdarzeniach – mówi premier Donald Tusk. – Wygraliśmy poza murawami – sugeruje minister sportu Joanna Mucha. – Daliśmy radę udźwignąć to wielkie zadanie! – chwali się prezydent Bronisław Komorowski. W zderzeniu ze zdjęciami ludzi stojących z transparentami: „chcemy mieszkań, nie widowisk” wygląda to jak opowiadanie o politycznej propagandzie według sprawdzonych wzorów. Film „Kto wygra mecz…” spodoba się fanom „Alternatyw 4” czy „Misia”. Przecież po przegranej Polski z Czechami i zakończeniu naszego udziału w Euro kibice wołali: „Kto wygra mecz? Polska!”. Przecież mimo że budowa stadionu narodowego była parokrotnie przepłacona, radosna pani, chowając głowę pod daszkiem biało-czerwonej czapki, mówi...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: