Żadnych marzeń

Miałbym problem ze ścisłym zakwalifikowaniem powieści do jednego gatunku – nie jest to bowiem ani klasyczna powieść polityczna z kluczem, ani fantastyka naukowa, ani fantasy, ani utwór satyryczny, ani historia alternatywna, ani opowieść drogi... A właściwie są one wszystkie wymieszane w inteligentny sposób, tak że bystry czytelnik odgadnie tam mnóstwo literackich nawiązań, m.in. do Lema i Bułhakowa, braci Strugackich i Jegora Byłyczowa, „Czarnoksiężnika z krainy Oz” i Sołżenicyna, z których Gociek czerpał pełnymi garściami, dbając wszelako o proporcje. Zauważyłem też z pewną nieśmiałością liczne podobieństwa do młodej wolszczyzny z lat „60 minut na godzinę”, słuchowiska „Numer” czy „Matriarchat”, choć zapewne z racji różnicy pokoleń i życiowych doświadczeń ja zawsze lubiłem happy endy, a Gociek od nich stroni.

Zadziwiająca jest swoboda, z jaką korzysta ze stalinowskiej spuścizny – co rusz pobrzmiewają różne „Jasne łany”, „Brygady mistrza Karhana”, wojenne agitki, produkcyjne plakaty, które moje pokolenie zna z autopsji, a Gociek (jeśli wykluczyć domniemanie pamięci genetycznej) z drugiej ręki, boć dojrzewał za późnego Jaruzela.

Należy żywić nadzieję, że młodzi czytelnicy niepodzielający kolekcjonerskich inklinacji autora zadowolą się przygodowo-rozrywkową warstwą książki. Nie umniejsza to jej wartości, a przeciwnie – umieszcza na wyższej półce, niż pozornie powinna się znajdować. Zawarta w niej ponura utopia (mimo wszelkich zabawnych grepsów w rodzaju spotkania na jakimś odludziu autentycznego Gagarina, przekonanego, że znajduje się na jakiejś dalekiej planecie) to zaproszenie do refleksji nad kondycją świata i kierunkiem jego rozwoju, czy raczej regresu.

To obraz tego, co może się zdarzyć, gdy totalitaryzm przechwyci nowoczesne technologie, oprze się na niewyczerpanych źródłach energii, sprowadzi własne społeczeństwo do poziomu znośnej wegetacji przy biernej postawie reszty świata pogrążonej w marazmie, zajętej obroną dawnej...
[pozostało do przeczytania 33% tekstu]
Dostęp do artykułów: